Dzieje Przemyślnego Szlachcica Raferiana de Loup-Blanc

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od Bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Dla ochrony przed słońcem miał wielki biały kapelusz. Szedł ulicą rozglądając się i podziwiając architekturę dzielnego Miasta Coeurvichon.
Zatrzymał się pod gospodą „U Dziwaka”. Postał chwilę. Posłuchał gwaru głosów. Nie wszedł tam. Był umówiony gdzie indziej.

***

Na rynku, przy stoliku lokalu o bardzo dendrologicznej nazwie „Pod Bukiem” siedział mężczyzna przy paradnie wysokim kieliszku wina. Spostrzegł Kapelusznika, gdy ten do niego podszedł.
-Jesteś spóźniony.
-Raferian nigdy się nie spóźnia. Po prostu przybywa gdy dopiero ma wolną chwilę - odparł Kapelusznik puszczając oko. –Bon żur kuzynie.
-Bon żur! –odparł Antoine Iaboille.
Przywitali się ciepło, jak przystało na bardzo starych znajomych. Kapelusznik się przysiadł i wziął importowany specjał –kawę. W trakcie wywiązanej rozmowy, Antoine rzekł z pewnym wyrzutem:
-Rad jestem, że w końcu przyjąłeś któreś z mych zaproszeń do Królestwa Lumerii.
-Znasz mnie. Zabiegany żem jest. Dziesiątki spraw. Liczne pasje. A ręce i nogi tylko dwie. Ale w końcu jestem. I powiem ci, że zainspirowała mnie twoja pocztówka.
Kapelusznik wyciągnął z torby i położył na stoliku obrazek z reprodukcją sławnego w tych stronach obrazu niejakiego Sharona Freemana. Oraz mapę z zaznaczonym znakiem X.
-Faktycznie urokliwe jezioro. Malarz nie zmyślał. W każdym razie nie zbytnio.
-Cóż. Okolica bardzo się rozwinęła odkąd to było malowane. Miasto i jego przyległości bardzo urosły.
-Tak. Widzę właśnie. Trochę szkoda lasów, ale widać taka cena postępu. –Obaj pokiwali głowami zgodnie, choć z pewnym smutkiem –Dlatego choć doceniam miejski zgiełk, to upatrzyłem sobie okolicę po drugiej stronie Jeziora. -Pokazał palcem na znak X –O tutaj. Sa-Coeurvie. -odczytał.
Antoine popatrzył i docenił wybór za faktycznie wielkie walory krajobrazowe.
-Co planujesz?
-Rozejrzałem się trochę –wskazał głową na przywiązanego pod drzewem wierzchowca- To na poły dziewicza kraina. Łąki. Lasy. Stada jeleni. Liczne rudy metali. Skrzyknąłem trochę krasnali i zakładamy faktorię. Z małą własną hutą na początek. Wiesz. Miecze. Topory. Broń palna. Różne części. Popyt na żelaziwo nigdy się nie kończy.
-Hmmm- Antoine się uśmiechnął, samemu pracując w tej branży od jakiegoś czasu. –Chyba mam coś dla ciebie na start. Chodźmy.

***

Na sąsiednim placu stało parę automobili co najnowszej mody. Podeszli do beżowo-czerwonego wehikułu.
-Co o nim myślisz?
-K*rewski kolor.
-Otóż to dokładnie! –Antoine zaczął, niezbity z tropu, niczym nakręcana kataryna- Courva Yabolette! Prosto z fabryki! Wyrób miejscowy! Nówka nie śmigana! Prędkość maksymalna aż 15 mil/h!
-15 mil/h… to chyba bez szaleństw.
-Być może, ale oszczędzasz nogi. Jak pan!
-Nie ma dachu. Napada do środka.
-To kabriolet, a z resztą i ty i tak masz kapelusz.
-Rozumiem, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby?
-Ani pod maskę. Wsiadaj. Koń to wynalazek z poprzedniego stulecia.
Raferian wskoczył. Pobujał się na resorach. Proste i uczciwe. Pomyślał że przydadzą się na bezdrożach Sa-Coeurvie’a.
-Muszę zmienić obicia na jakiś bardziej stonowany kolor. Ale dzięki.
-Drobiazg. Pomyśl o tym jako o pakiecie startowym dla nowego Coeurviszończyka.
Raferian uśmiechnął się szelmowsko. Wyciągnął zza pazuchy gogle.
-Nazwę go Wrotka!
Odpalił. A ten mu po chwili zgasł.
-Nie jedzie.
-Paliwa nie ma w pakiecie –odparł Antoine z rozbrajającą szczerością.
-Ożeż ty!
Raferian kazał rozbawionemu przyjacielowi karnie przypilnować maszyny, po czym marudząc pobiegł wydać ostatnie zaskórniaki na targu drzewnym.
Zatankowali. Odpalili. Wrzucili graty Kapelusznika w tym miecz i muszkiet.
Raferian wykręcił sterem i krzyknął odjeżdżając hałaśliwie pracującym automobilem.
-Zobaczymy jak się spisze podczas polowań na jelenie!
-Ożesz ty! –Odparł obruszony przyrodnik.
-Wio Wrotka!
-Pryk-Pryk-Pryk! –Odparł silnik.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   Guy d’Oùpaint   Siobraux Courva-Yebana   Alphonse de Couervichon   Raferian de Loup-Blanc   Horace Richelieu   Antoine Iaboille   Jean Pierre Dolin   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-09 23:51:32

Odpowiedz
-ODCINEK DRUGI.
DYPLOMATYKA I ŁOWY.


-A więc powiadasz Panie Raferianie, że rozważałeś wniosek o nadanie obywatelstwa?
-Uhmmm… –Odparł ni to kuzynowi, ni to do siebie zamyślony Kapelusznik przyglądający się ze ściągniętymi brwiami podniesionej na wysokość twarzy lampie oliwnej. Było ciepłe leniwe popołudnie. Przechadzali się na targowisku w Coeurvichon, gdzie Kapelusznik wybierał rzeczy potrzebne w jego faktorii. W tle, ze sto pięćdziesiąt kroków za nimi stała zaparkowana Wrotka, oraz trwał rozładunek i załadunek towarów na trzy Referianowe wozy, zaprzężone w silne, beczkowate konie. Uwijała się przy tym grupka niskich, barczystych mężczyzn, z których każdy miał hodowaną co najmniej od kilku miesięcy brodę. Sztaby metali lądowały na stoisku kupieckim, a razem z nimi wyprawione skóry, garńce miodu, wosk pszczeli, worki orzechów, baryłki smoły i jeszcze inne rzeczy jakie udało się zgromadzić na handel mieszkańcom osady na Sa-Coeurvie’u. –Tak, nada się. Poproszę dwa tuziny. –Raferian skinął na niskiego brodacza w łódkowym hełmie, z muszkietem na plecach. Trzymający się dotychczas z tyłu Sługa Kapelusznika minął Sługę Przyrodnika, wyprowadzającego dorodną nioskę na smyczy i uważając by nie nadepnąć drogocennego ptaka, podszedł do stoiska i wyciągnął sakiewkę by zapłacić sprzedawcy. Płacił samorodkami złota. –Em… Mówiłeś?
-Pytałem –powtórzył cierpliwie Antoine –co z twoim wnioskiem o obywatelstwo?
-Ach tak… -ruszyli niespiesznie do kolejnego stoiska –Owszem rozważałem. Ale powiem ci, że to większy temat niż początkowo przypuszczałem.
-Dlaczego?
-Otóż wyimaginuj sobie, iż myślałem wystarczy, że zwrócę się z tym do naszego Coeurvemeyera. Tymczasem wychodzi, że aby pokłonić się majestatowi, powinienem peregrynować przez pół kraju do królewskiego dworu w Nowej Precelkhandze.
-No tak. Elekcja się zakończyła sukcesem. Wiwat Król.
-Wiwat Król. – Raferian uchylił ronda kapelusza patrząc na słońce. -Nawet jeśli nie zdążyłem oddać nań głosu. W sumie to dobrze, że przy wyborze zdecydował się zmienić imię na choć mniej medialne, to jednak bardziej licujące z godnością urzędu.
- Ano tak… Co do wniosku, to wiesz że większość zrobiłaby to na twoim miejscu listownie?
-Phi. To zupełnie bez poczucia smaku, ani fantazji. Mój panie Antoine, są takie sprawy których nie wypada załatwiać inaczej niż osobiście.
-Jak wolisz.
-Tak wolę. Choć rozumiem, że to kawał wyprawy i tak myślałem, że warto najpierw zebrać środki. Wątpię bym na jedno tankowanie bym obrócił, choć już zacząłem gromadzić dar dla Króla.
-Dar?
-Tak. Poroża jeleni. Wielką górę poroży jeleni.
-Phi. –Prychnął Antoine, który był znany ze swojej dziwacznej awersji do polowań, gdy Raferian tylko wyciągnął z torby notatnik.
-Zobaczmy… Wtedy dwa, wtedy trzy… Innego dnia pięć… O dziewięć! Mój rekord! –Pokazał z dziecięcym entuzjazmem kartkę przed nos zgorszonego Przyrodnika. – Potem znowu pięć…
-Tak zrozumiałem, zrozumiałem. Bardzo wkręciłeś się w hurtowe mordowanie rogacizny. Ale miejże umiar! Przyroda potrzebuje czasu na…
-Oj tam umiar! Moja faktoria potrzebuje mięsa. Mieszkamy na takim odludziu, że łatwiej jest iść po nie do lasu, niż tutaj coś kupić. Łączę przyjemne z pożytecznym.
-Pfff! Jeszcze wyjdzie na ciebie coś z lasu, za tą całą hekatombę i się doigrasz.
-Oj tam… -Zaczął Raferian, choć Antoine nie dowiedział się jaki argument miał dla niego przyjaciel, bowiem w oddali zagrał dźwięk rogu.
-Co…
-Ach. No nic. Czas na mnie.
-Słucham?
-Grają na łowy. –Raferian uśmiechnął się szelmowsko i gwizdnął przez palce na swoich ludzi. Część z nich oderwała się od swojej roboty, jakby tylko czekała na sygnał. –Mości Antoine, otóż rzucili nową partę jeleni do lasu! –Uchylił mu ronda kapelusza i podbiegł w stronę swojego automobila, który właśnie został dlań odpalony. Tym razem raferianowy sługa nie zważał na pupila jego przyjaciela, co spotkało się z oburzonym zagdakaniem niemal rozdeptanej kurki.
-No… ale mecz! Mam bilety!...
-Mecz nie zając! Kukuł nie bażant. Może poczekać.
-No… Kurde!
Chwilę później prykająca Wrotka pilotowana przez krasnala, nadjechała z ubranym w gogle Raferianem stojącym na miejscu pasażera z obnażonym mieczem bastardowym w dłoni. Na włóczni wetkniętej za fotelem, z fantazją godną barokowego malowidła powiewał sztandar z wilkiem. Za nim sześciu krępych jeźdźców z muszkietami jechało na swoich beczkowatych rumakach drepczącym kłusem ich krótkich grubych nóg.
-A może jednak się zabierzesz z nami? Zobaczysz. Będzie fajnie!
-NO WIESZ??? –Mina Antoine była taka jakby ktoś obraził mu matkę.
-He he heh. – Odparł Kapelusznik, po czym odwrócił się do swoich –Panowie! Iii–ha!
-Iii-ha!!! -Odparły basy i z wymachując długimi, lśniącymi rurami rusznic, oddział ruszył środkiem ulicy. Antoine patrzył z twarzą bladą jak papier jak dzika banda co po chwila strzela na wiwat, rozganiając spokojnie idących coeurvichończyków. Warczenie gazującego silniczka Wrotki, gdyby nie groteskowa pojemność jego cylindrów, brzmiałoby równie zagrzewająco do boju jakby była to operowa wersja „Cwału Walkirii”. Mimo to Przyrodnik znał kuzyna na tyle, że wiedział iż w jego głowie, właśnie tak to musiało brzmieć.
-Szaleństwo. –Skwitował podnosząc z ziemi swoją nadal spanikowaną kurkę i całując ją w główkę by się uspokoiła. –Totalne szaleństwo.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   Siobraux Courva-Yebana   Antoine Iaboille   Jean Pierre Dolin   Horace Richelieu   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-12 23:09:35

Odpowiedz
ODCINEK TRZECI.
PIKNIK.


Zaparkował swoją beżową Sirenę. Rozejrzał się. Piknik. Tak to w oczach Antoine Iaboille wyglądało. Na zacienionym skraju łąki pod lasem, na wzgórzu urządzono sobie piknik. Odwrócił się. W sumie było to zacne miejsce na piknikowanie. Droga idąca spośród drzew przecinała wysokie trawy i wszelkie kwitnące kwiecie. Przez chwilę zamyślił się nad bioróżnorodnorodnością stanowiska, ale podniósł wzrok wyżej. Po lewej Jezioro Coeurvichon, ze swymi lśniącymi się w popołudniowym słońcu wodami. Dalej samo miasto, razem z wybijającymi się na pierwszym planie budynkami Skarbu Państwa. Pola miejskie i jego własne łany. No i Huta de Iaboille –jego oczko w głowie- sukcesywnie i prężnie rosnące zakłady malowniczo wkomponowane w kolejne łagodne wzniesienie, zdobiąc je bukietem budynków produkcyjnych, warsztatów, magazynów, biur i famuł. A potem znowu pola, łąki i ony las pod którym obozem stał –no tak miał nadjechać właśnie stamtąd- Raferian de Loup-Blanc.
Antoine razem ze sługą ruszyli krokiem spacerowym ku obozowisku. Popasające się konie. Wozy z plandekami. Iluś niskich baryłkowatych mężczyzn przy ogniskach warzących strawę i piekących mięsiwo. Leniwie. W środku dnia. Wszyscy umorusani i w zmęczonych drogą, zakurzonych ubraniach. Taboryci. Ludzie gościńca –pomyślał. Od niechcenia, ale grzecznie kiwali mu głowami. Wiedzieli że jako kumpel ich szefa jest z niego swój chłop.
Wrotka. A przynajmniej musiała nią być pod kilkoma warstwami błota i pyłu malowniczo układających się kilkoma odcieniami brązu. Nawet bez wielkiego przyglądania się, można było dostrzec na karoserii rysy i wgniecenia.
I w końcu, półleżący oparty o sosnę, żujący słomkę i czytający książkę sam Raferian. Ze względu na kolor ubrania wyglądający chyba na najbrudniejszego z nich wszystkich. Sądząc po ciemnych śladach, jakie zachlapały kurtkę, spodnie, wszystko- ostatnie stado jeleni musiał chyba wyzwać na miecze na udeptaną ziemię i porąbać własnoręcznie klingą na kawałki. Barbarzyńca… Choć bibliofil.
-Bon żur. Nie przeszkadzam?
-Bon żur. Skądże. –Odparł mężczyzna w brudnej bieli, wstając i zakładając kapelusz na głowę. –Widzę że wyjechałeś nam na spotkanie. –Wymienili uściski.
-Urocze miejsce na piknik. –zagaił Przyrodnik.
-Owszem. Takim je wypatrzyłem.
-Tak. Zamiast przyjechać do mnie do zakładu jak ustaliliśmy .
Raferian tylko podrapał się w odpowiedzi po głowie. Grała cisza grających na łące cykad.
-Brakło paliwa?
-Brakło.

***

-Więc mówisz, że masz to żelazo dla potrzeb Konsorcjum?
Kapelusznik podniósł plandekę wozu.
-Jak widać.
-Uhum. Dużo?
-Te wozy.
-Jak to? To wszystko jest…?
-Aha. –Kapelusznik uśmiechnął się rezolutnie, wskazując na urobek którego stary hutnik nie spodziewał się po tak początkującym producencie. –Początkowo myślałem że będę mógł wesprzeć twoją sprawę może 50 -100 jednostkami. Tutaj mam dla ciebie 250.
-Gdzieś ty to… ?
-Tu i tam… Zwiedzałem cały południowy zachód wyspy. Jelenie. Żelazo. Jelenie. Żelazo. Przygoda! -Antoine nigdy nie preferował prowadzenia gospodarki w taki sposób, więc tylko westchnął i dał sygnał słudze by ten poszedł odliczyć należność. Raferian dokończył – Przetopiliśmy rudy i nawet bez przebierania się ruszyliśmy do ciebie co tchu.
Przyrodnik spojrzał po brudnej kompanii.
–No to co? Wina?
-Chętnie. Wina. Piwa. Co tylko masz. Odparł Kapelusznik z poczuciem dobrze wykonanej roboty.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   Alphonse de Couervichon   Siobraux Courva-Yebana   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-16 23:42:19

Odpowiedz
Porada:

Dobrze publikować kolejne odcinki w osobnych wątkach. Dzięki temu będę mógł je nagradzać każdorazowo nagrodą Strażnika Elegancji (5 pkt energii)
Alphonse de Couervichon
Raferian de Loup-Blanc   Jean Pierre Dolin   
Alphonse de Couervichon
2022-05-16 23:53:56

Odpowiedz
Alphonse de Couervichon napisał(a):
Porada:

Dobrze publikować kolejne odcinki w osobnych wątkach. Dzięki temu będę mógł je nagradzać każdorazowo nagrodą Strażnika Elegancji (5 pkt energii)


Chciałem je mieć w jednym miejscu, ale na takie postawienie sprawy, nie wypada odmawiać. ;)
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Jean Pierre Dolin   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-17 00:06:23

Odpowiedz
Raferian de Loup-Blanc napisał(a):


Chciałem je mieć w jednym miejscu, ale na takie postawienie sprawy, nie wypada odmawiać. ;)


No to inny pomysł:

Każdy odcinek w osobnym wątku, ale też - niezależna publikacja w tym tutaj.

Nie ma problemu z podwójną publikacją.
Alphonse de Couervichon
nikt nie polubił wypowiedzi
Alphonse de Couervichon
2022-05-17 00:17:58

Odpowiedz
Alphonse de Couervichon napisał(a):
Porada:

Dobrze publikować kolejne odcinki w osobnych wątkach. Dzięki temu będę mógł je nagradzać każdorazowo nagrodą Strażnika Elegancji (5 pkt energii)


I zajedź też, Kuzynie, do stolicy, jakeś planował, złożyć wniosek o Obywatelstwo. Tylko, dobry Wando, wyczyść wcześniej odzienie i Wrotke swoją, co byś wyglądał jak człowiek, a nie jak stwor jakiś, co właśnie z mokradeł się wynurzył. ;)

Jako Obywatel Luneryjski posiadałbyś szereg przywilejów. Mógłbyś, m. in. liczyć na uzyskanie nagrody Mera naszego szanownego, monsieur Alphonse’a, za aktywność, którą uprawiasz na polu gospodarczym i narracyjnym.
bnt. Antoine Iaboille
podkomorzy mniejszy koronny Królestwa Lumerii
l’entrepreneur du Courvichon, chef d’entreprise ’Huta de Iaboille’
Alphonse de Couervichon   Jean Pierre Dolin   
Antoine Iaboille
2022-05-17 07:58:41

Odpowiedz
DZIEJE PRZEMYŚLNEGO SZLACHCICA RAFERIANA DE LOUP-BLANC.
ODCINEK CZWARTY.
THE SIREN.


Antoine Iaboille przykucnął przy drodze idącej środkiem polany i patrzył jak jego kukuł grzebał w ziemi pazurem. Po chwili drapania i patrzenia bokiem co wyszło z ziemi, ptak zadziobał robaka. Jego pan się uśmiechnął. Otarł twarz chustką i rozejrzał się. Był ciepły wiosenny dzień.
Wracał właśnie z Nowej Precelkhandy po zrealizowaniu zamówienia swego Konsorcjum. Gdy był już w szeroko rozumianej okolicy Miasta Coeurvichon wysłał swoich ludzi przodem, a sam tylko z ulubioną kurką i jednym sługą został by ponapawać się przyrodą. Zaparkowali przy drodze i wyszli rozprostować kości.
Cisza. Szumiący las. Wysokie trawy głaskane wiatrem.
Znajomy odgłos zbliżającego się z oddali automobilu.
Zwróciło to jego uwagę.
Spomiędzy drzew wpadła na polanę Syrena.
Było to coś nowego. Jego własna Courva Sirena BO100 stała kilkanaście kroków dalej. Tymczasem druga taka sama pędziła szutrowym szlakiem wzniecając tumany kurzu. Z tego co było mu wiadome nie był to szczególnie popularny model.
Wrrr! Ry-Ry-Ry-Ry-Ry!
Kierowca nie żałował gazu- pomyślał Antoine. I dał sygnał słudze by ten popilnował jego kukuła.
Wrrr… Pryk-Pryk-Pryk…Pyk-Pyk-Pyk...
Automobil wrzucił na luz, a po chwili zaczął zwalniać, zapewne dostrzegając jego osobę stojącą na poboczu.
Antoine dostrzegł zaś wystawiony przez opuszczoną boczną szybę kierowcy zimny łokieć. Kakofonii dopełnił radosny klakson przypominający ryk gęsi. Maszyna zatrzymała się obok Przyrodnika.
-A niech mnie!
-Bon żurek! Co tam doktorku?

Raferian. Podnoszący gogle na czoło. Suszący zęby. Podkręcający wąsa. Prowadzący Syrenę. Nowiusieńką. Czystą! Może tylko trochę zakurzoną.
-E… Coś mnie ominęło?
-Czy ja wiem…
-Udał niewiniątko, jakby codziennie podbijał do kogoś nowymi furami.
Obaj roześmiali się serdecznie.
Raferian wysiadł. Uścisnęli się.
-Skąd wiedziałeś, że będę tędy przejeżdżał?- Zapytał Przyrodnik.
-Och, czy szlak na Precelkhandę nie biegnie przez Sa-Coeurvie?
-No tak, ale że tutaj, w tym momencie? Nie zapowiadałem ci się.
Kapelusznik się uśmiechnął –Ale zachowasz sekret dla siebie?
Przyrodnik potwierdził gestem, że już chyba nic go nie zaskoczy.
Raferian rozejrzał się. Wyciągnął spod ubrania gwizdek i dmuchnął nim jakiś umówiony sygnał.
Nagle dwie kępki trawy ze trzydzieści kroków dalej podniosły się z ziemi. Alphonse zaś podniósł brwi. Dwóch niskich, barczystych mężczyzn uzbrojonych w muszkiety przykrytych siatkami w które powtykano trawę i z liśćmi krzewów na łódkowych hełmach. Był na tej polanie chyba z pół godziny, a ich wcześniej nie dostrzegł.
-Jeden z sekretów dobrego polowania, to rozpoznanie. A ja moich tropicieli tuczę złotem i najlepszą dziczyzną. Dobrzy są, no nie?
Jeden z krasnali pomachał Przyrodnikowi.

***
Antoine i Raferian jechali wozem tego drugiego, pozwalając by Syrena przyrodnika jechała za nimi.
-Więc mówisz, że sprawiłeś sobie nowy wóz.
-Musiałem. Yabollettka to miła zabawka, dobra ale na rekreacyjne wyskoczenie do miasta po drobne zakupy. Jest za delikatna na safari po Dziczy. Szybko mi się zużyła. Zamiast wydawać na generalny przegląd …i wyklepanie chyba wszystkich blach… postanowiłem sprawić sobie Nową Wrotkę.
-Wrotkę.
-Tak. A co?
-Nowy automobil nazwałeś…
-Wrotką. Konkretnie ’Wrotką Dwa’.
-Bardzo …hmmm…. Oryginalnie.
-Wierzę że duch starej maszyny jest z nami.
-Zostałeś mistykiem?
-Po tym co tutaj w Lumerii widziałem, musiałem się nim trochę stać. Widziałem tu już rzeczy które nie śniły się twoim filozofom.
-Co takiego widziałeś?

Raferian przygryzł wargę. –Sam zobaczysz.
Jechali chwilę w milczeniu.
-Wracając do twojej nowej… Wrotki…
-Chwalę sobie. Dobra zmiana. Uczciwie wypracowana. Myślałem nad nawet potężniejszym modelem, ale wolałem zainwestować w rozwój procesu wydobywczego mojego biznesu.
-Ma sens.
-I tapicerka nie ma k*rewskiego koloru. Jak składałem zamówienie w fabryce podkreśliłem im to, że ma być w jakimś normalnym odcieniu.
-Heh.
–Przyrodnik pomyślał chwilę – Będę musiał zorganizować jakąś promocję na zakładzie dla popularyzacji tego modelu.
-Hmmm…
-Kapelusznik się uśmiechnął pod nosem –Ach ten twój kapitalizm z ludzką twarzą.
Antioine wpatrzony w dal był dumny ze swojego pomysłu.
-Ale wiesz, że tych z Fabryk Lumerik i Griportieny, diabli trafią jak znowu ktoś im zepsuje rynek na kolejną klasnę autowehikułów?
Silnik nowej Wrotki zamruczał rezolutnie.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-20 01:40:52

Odpowiedz
ODCINEK PIĄTY.
CIEKAWE CZASY.


Światło dwóch lamp kładło długie cienie na kamiennym murze szerokich schodów wijących się w dół. Ich kroki i rozmowa niosła się echem, które w żaden sposób nie umiało wypełnić wrażenia pustki. Dwóch mężczyzn miało na sobie długie płaszcze.
-Słyszałem tylko o tym, że takie katakumby gdzieś w tych okolicach istniały… Ale nigdy nie zgłębiłem sam tego tematu… -Przyznał Antoine Iaboille idący jako drugi za przyjacielem robiącym za przewodnika.
-Obecna nowa kolonizacja, starzy mieszkańcy, kolejne cywilizacje i kultury rozwijające się jedna na drugiej… -Przemawiał Raferian de Loup-Blanc, tonem grobowej powagi, ciężko powiedzieć, czy do niego, czy bardziej do samego siebie na głos - Jeśli się dobrze pogrzebie, to można podnieść górne warstwy i spojrzeć co jest pod spodem. A moi ludzie to pierwszorzędni kopacze.
Minęli ostrołuk i otworzyła się przed nimi długa podziemna sala. Dwie latarnie nie dawały dość światła by rozjaśnić najdalszą ścianę. W niektórych niszach pomiędzy masywnymi podporami krzyżowo-żebrowego sklepienia otwierały się przejścia do kolejnych komnat i tuneli.
-Niesamowite.
-Tak.
–Potwierdził Raferian.
-To niemal podziemne miasto.
-Tak… Te katakumby są stare. Bardzo stare i bardzo rozległe.
–Przetarł dłonią kamień, niemal z pieszczotą- A dalej łączą się z surowymi chodnikami i sztolniami a dalej jeszcze z naturalnymi kawernami. Moi nie skończyli jeszcze w pełni eksplorować tego wszystkiego. I coraz bardziej mam wrażenie, że długo im to jeszcze zejdzie.
-Skąd w ogóle pomysł, aby zakładać faktorię i hutę dokładnie nad czymś takim?
-Hmmm… Pomyślałem że tak będzie bezpieczniej.
-Bezpieczniej? Raferianie, przecież czasy spokojne…
-Nigdy nie wiesz… Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę…
-Przecież Lumeria nie ma z nikim wojny.
-Obecnie nie ma… Ale kto wie… A poza tym myślę że idą na nas ciekawe czasy i tak.
-Ciekawe czasy?
-Nie znasz tego starego przekleństwa dla największego wroga? ‘Obyś żył w ciekawych czasach’. Jest takie powiedzenie… A teraz pomyśl, nawet dziś w naszej małej idylli, słychać że na zachodzie pojawili się na zachodzie grasanci.
-Słyszałem te niepokojące wieści… Ale to chyba nie powód aby aż tak się fortyfikować…
-Nigdy nie wiesz Antoine. Nigdy nie wiesz… A i jest coś jeszcze co mnie zaniepokoiło… I właśnie to chciałem ci pokazać.

Stanęli w jednej z nisz. Powietrze było wiele metrów pod ziemią jaskiniowo zimne. Raferian położył źródło światła na ziemi, zaparł się i przesunął na bok wielką okrągłą drewnianą pokrywę kamiennej cysterny, wpuszczonej w podłogę. Po czym poświecił, by Antoine mógł zobaczyć. W środku była ciecz w której pływały okruchy lodu. A w niej coś było. Kapelusznik przysiadł się na krawędzi czterometrowej kadzi i poświecił do środka. Spojrzał na Antoine. Swoimi podkrążonymi oczyma. Przyjaciel wydawał się bledszy niż normalnie.
-Co to jest?
-Myślałem, że uważasz się za przyrodnika. Ty mi powiedz.

Antoine patrzył na stworzenie, które unosząc się swobodnie w toni wypełniło większość z wanny. Był to ptak. Miał pióra, budowę ptaka. Zasadniczo musiał być ptakiem. Masywnym dropem, który przy swej masywnej budowie słabo latał, za to musiał na silnych nogach z pazurami dobrze biegać. Wachlarz bezwładnych piór tylko optycznie jeszcze powiększał zwierzę… Ale Antoine patrzył na pazury długości palca… Tak na stopach jak i wystające spomiędzy jednego z przegubu skrzydła… Oraz na łysy pysk bardziej przypominający jaszczurkę niż cokolwiek ptasiego… Wobec swojej niepewności postanowił zacząć asekuracyjnie:
-Ja… Nie jestem ekspertem od kryptozoologii…
-To w takim razie ja ci powiem, co o tym myślę. [/i]
Raferian sięgnął i przekręcił za skrzydło pływające bezwładne zwierzę brzuchem do góry. W świetle latarni ukazało się z tuzin głębokich ran po kulach, oraz kilka głębokich cięć. Zwierzę było martwe. Ale lodowa kąpiel zatrzymała rozkład tkanek.
-Jakiś czas temu zwróciłeś mi uwagę, że cała moja szata była uwalona niedomytą krwią. No cóż. Taka sytuacja. Jedziemy przez traktem na daleko na południu od Miasta. Po deszczu droga rozmiękła. Błoto wszędzie. Koła grzęzną. Mijają mozolne godziny. Sensu to tego dnia już nie miało. Że pora ku wieczorowi, rozłożyliśmy obóz, dać koniom i nam odpocząć. Dzika okolica, nie było wsi, ni zajazdu. Rozpalamy ogniska. Zapadł zmrok. Mijają godziny…
-I wtedy…
-I wtedy nagle konie zaczęły rżeć same z siebie. Nim je uspokoiliśmy, takie coś wyskoczyło z pazurami i zagryzło jedną klacz.

Raferian wyłowił bezwładną głowę i otworzył krokodylą paszczę z wielkim jęzorem, po czym kontynuował.
-Tak. Zagryzło. Nie zadziobało. Zagryzło. A potem nim sami się ogarnęliśmy i opanowaliśmy spanikowane konie, to pazurami rozerwało jeszcze brzuch drugiej klaczy. I wyraźnie dawało nam oznaki, że jesteśmy na jego terytorium i żebyśmy się odpieprzyli od jego kolacji.
Kapelusznik odłożył truchło i pociągnął nosem.
-I wtedy…?
-I wtedy to myśmy się na to wk*rwili i palimy w to salwę. Po ciemku i wobec całej sytuacji, nikt nie celował w głowę. Więc to też się tylko wk*rwiło i na nas ruszyło. No to ja i paru co stało najbliżej, bierzemy stal do rąk i to sieczemy, próbując trzymać jakoś na dystans i okrążać.

Raferian pokazał palcem na kilka cięć, w tym to które przerąbało stworzeniu pysk do połowy głębokości kości.
-A potem?
-A potem jak już leżało wypaliliśmy w to drugą salwę dla pewności. Wyciągnęliśmy spod truchła jednego z naszych i opatrzyliśmy. Gdyby nie trafiło na wiarusa, który swojego kirysu nie ściąga nawet do snu, to pewnie byłby zgon na miejscu. Choć potem blachy były tak pogięte, że bez wizyty na kowadle nie dało się ich znowu założyć…
-A ty…
-A ja miałem jakiś czas później przyodziewek do prania. Na szczęcie udało mi się odskoczyć i na siniakach się skończyło. A ty miałeś powód do dworowania ze mnie, że chodzę brudny.

Płomienie lamp migotały w chwili milczenia.
-Trochę mi głupio.
-Trochę mnie, że nie pomyślałem o przebraniu się jak zwieźliśmy rudę do huty, a truchło rzuciliśmy tutaj do piwnicy. Wszyscy woleli zająć głowy i ręce pracą.
-No tak…
-No tak… Ale kto przewidzi w lesie kuroliszka? A właściwie skoro to las pod Coeurvichon, to chyba powinienem powiedzieć… hmmm… coeurvoliszka?
-Coeurvoliszek?
-Czemu nie? Ja zasiekłem, to ja nazywam. Bardzo pasuje do wrednego usposobienia stworzenia.
-Ma sens…
-Przyrodnik podrapał się po głowie –Ale skąd to się mogło wziąć?
-Lokalny wyrób.
-Słucham?
-Obstawiam, że to lokalny coeurvichoński wyrób. Spójrz. To tutaj pod pyskiem… korale. A to coś na czubku głowy, to grzebień. Albo coś co z niego się ukształtowało. A ten odcisk na nodze? Myślę że mogła tam być obrączka.
-Czekaj. Chcesz mi powiedzieć, że to…
-Gallus Gallus Domesticus. Czyli po tutejszemu ‘Kukuł’. Tylko ktoś przy hodowli, naprawdę miał zezowate szczęście przy krzyżowaniu osobników i chyba przesadził z odżywkami. Czy bardziej z ‘dopingiem’ już chyba. Ciężko powiedzieć co było potem. Czyli, czy to zostało wypuszczone po tym jak przestało spełniać limity ligi, czy samo uciekło. A może jeszcze przy tym wpieprzyło cały kurnik, razem z hodowcą? Ciężko mi powiedzieć. Mam tylko jedną nadzieję.
-Jaką?
-Że się nie rozmnożyło.

Światła pochodni migotały w ciszy piwnicy.
-Nie no, nie wygłupiaj się. Zwierzę tak głęboko zmutowane musiało być bezpłodne.
-Pewnie i tak… Nie będę się kłócił z przyrodnikiem.
-Otóż to.

Raferian spojrzał na Antoine spod łba. Przez grzeczność nie chciał kwestionować opinii kogoś kto ma się za przyrodnika, nawet jeżeli przyznaje że niezbyt wybitnego w kryptozoologi. Ale po chwili odparł.
-W Lidze Kukulej grają zespoły pięciokurze, czy tak?
-Tak. A co?
-Nic… Tylko tak sobie myślę… A skąd masz pewność, że tajemniczy zdolny hodowca, wyhodował tylko jeden egzemplarz? [i]
Kredowo blada twarz Antoine nic nie odpowiedziała.
[i] -Tak jak mówiłem. Ciekawe czasy, Mój Panie Antosiu. Pozostaje mi nadzieja, że przynajmniej moje krasnale nie wykopią mi z ziemi kiedyś jakiegoś cholerstwa.


***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Siobraux Courva-Yebana   Henryk I Krzysztof   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-21 01:51:18

Odpowiedz
ODCINEK SZÓSTY.
KRÓL.


Jean-Marie siedział pod baldachimem. Błękitny materiał z wyhaftowanym wielkim złotym lwem, złotymi koronami i generalnie masą innych złotych ozdobników, dawałby pewnie tyle samo cienia gdyby był po prostu płachtą błękitnego materiału –pomyślał. Jean-Marie, czy może Krzysztof I Henryk? Dwa miana niczym dwie strony tej samej monety. Był kamieniarzem z odrobiną fantazji. Został królem. Co za niezwykły twist fabuły! Co za splot fortuny!
A jednak królewski baldachim nie stał w wyśmienitym ogrodzie wyśmienitego królewskiego pałacu. Niedawno upieczony monarcha zamknął wszystkie sprawy wokoło rozpoczęcia swej regencji, a ukojenie myśli znalazł dopiero po powrocie do swego kamieniołomu na brzegiem rzeki. Siedział na fotelu na trawiastym pagórku, z którego roztaczała się panorama na jego zakład. Klif wyrobiska lśnił się jasną skałą, z której mrowisko ludzików przy pomocy drewnianych machin i wołów odłupywało wielkie bloki, które obrabiano na miejscu poniżej.
Tutaj mógł być na nowo Jeanem-Marie. Choć na chwilę. Mógł w spokoju napić się wina z pucharu. Czy raczej spróbować. Od kilku ładnych minut z na wpół upitego pucharu, zwisającego z dłoni Jeana nic nie ubyło. Co mu przeszkadzało wrócić do dawnego ja? Czy to ten pełen przepychu baldachim? Muzykant leniwie szarpiący struny lutni siedzący na kraju bogatego dywanu u jego stóp? Sługa tylko czekający by napełnić puchar, tak dobrze ułożony że potrafiący ignorować muchę chodzącą po jego nosie? Drugi służący z wachlarzem ze strusich piór? Kordon gwardzistów stojących w równych odstępach w równy kwadrat o boku pięćdziesięciu metrów, który otaczali królewski baldachim kordonem jednakowych mundurów i stalą jednakowych lśniących kirysów? Sam nie widział. Pamiętał pokaz musztry paradnej i wiedział, że gwardziści chodzili jak po sznurku. Wiedział że spełniali każdy rozkaz natychmiast i bez mrugnięcia okiem. Jean-Marie vel. Henryk I Krzysztof uśmiechnął się pod nosem. Dopił wino. Wpadł na pomysł.

***

Raferian de Loup-Blanc razem z czwórką swych ludzi kroczył za Seneszalem. Wdział najlepsze białe szaty kupione na tą okazję w dalekiej Szarej Przystani. Stalowy obojczyk na kremowym kolecie został dopucowany aby lśnił jak nigdy. Napierśniki jego zabijaków wypiaskowane i również lśniące jak nigdy. Zarost jego i jego ludzi został wyrównany i ułożony równo jak nigdy. Jego tytularna biel mogłaby grać w reklamach mydła.
Raferian spojrzał na kamieniołom w oddali.
-Bardzo udany zakład kamieniarski.
-Istotnie. Tak właśnie jest.
–Odparł Seneszal.
Zrobili kolejnych kilkanaście kroków w milczeniu. W końcu nawet Seneszal uznał, że w takim milczeniu wychodzi na zupełnego dupka. Nabrał powietrza w płuca i rzekł do gościa:
-Pragnę raz jeszcze zwrócić uwagę, iż prośba waszmości o audiencję na prywatnych dobrach JKW Króla, może być źle odebrana i naprawdę doradzałbym zwrócenie się do JKW Króla w bardziej oficjalnych okolicznościach.
-Ja zaś pragnę zwrócić wszamości Seneszalu, uwagę, że żadne prawo nie precyzuje kiedy Mieszkaniec Lumerii może, a w jakich okolicznościach nie może wystąpić ze swoim wnioskiem o nadanie obywatelstwa.
-Taaak. Jednakże rozumiecie, że oprócz prawa istnieje także jakiś dobry obyczaj…
-Powiem waszmości, że ja nie z soli, ani z roli, ale z tego co mnie boli. Nie jestem wielkim zwolennikiem konwenansów i dworskiego blichtru. Ponad to przedkładam działanie i doglądanie mojego biznesu w terenie. Domyślam się, że dla Miłościwie Nam Panującego, miejsce to również jest próbą wyrwania się poza mury stolicy. Jeśli mogę tak powiedzieć, o ile mam okazję chciałbym pokłonić się Królowi, w bardziej naturalnym dla siebie środowisku.
-A jednak, jak na kogoś nie dbającego o konwenanse, przemierzyliście waść pół Lumerii, by wcześniej odwiedzić dobrego krawca. I niesiecie dary dla JKW Króla.
-A jednak nie jestem o dziwo zupełnym dzikusem z lasu i prostakiem przychodzącym z pustymi rękoma, bo domyślam się że takich nie wpuszczacie przed Majestat.
-Istotnie
–Seneszal się uśmiechnął niczym stary lis –Takich tutaj byśmy nie wpuścili. Wszak powaga królewskiego majestatu…
Grupka podchodząc w stronę błękitnego baldachimu musiała w końcu spostrzec ruch wokoło niego. Przystanęli w milczeniu obserwując jak jeden z gwardzistów klęczał pochylony z rękoma na ziemi. Drugi przeskakiwał pierwszego jak przez kozła, robił dwa kroki i przyjmował taką samą pozycję. Oniemieli patrzyli na długi łańcuszek klęczących gwardzistów i drugą połowę ich oddziału właśnie przeskakujących kolegów. Przewodził temu przestawieniu mężczyzna wymachujący szpicrutą.
-Mogę odnieść wrażenie, ale poprawcie mnie jeśli się mylę –zaczął Raferian z udawaną ostrożnością- że Królewski Majestat ma do siebie większy dystans, niż byście chcieli aby miał. Czy istotnie tak właśnie jest, mój panie?
Seneszal był gotów zamieniać spojrzeniem w kamień niczym antyczna Meduza. Patrzył jak jego szef wskazał właśnie kolejnego z gwardzistów, a potem miejsce przed poprzednim. Z chłopięcą radością w głosie krzyknął:
-Hop!
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-22 22:28:59

Odpowiedz
ODCINEK SIÓDMY.
OBYWATEL (?) DE LOUP-BLANC.


Gdy krotochwilom królewskim było już dość, goście zbliżyli się przed majestat koronowanego. Ten na powrót przybrał maskę powagi i wsparł dłonie na bokach, dla gotów dla samej ciekawości wysłuchać co ich tu sprowadza.
Seneszal wygłosił inwokację: -Miłościwy Panie! Obecny tutaj Mieszkaniec Królestwa, Pan Raferian de Loup-Blanc, zamieszkały pod Miastem Coeurvichon, pragnie zwrócić się do Jego Królewskiej Mości, z wnioskiem o nadanie mu Obywatelstwa Królestwa Lumerii.
Raferian pokłonił się nisko niczym ekierka pod kątem prostym i dworskim gestem niemal zamiótł kapeluszem ziemię, a za nim gest powtórzyli jego ludzie. De Loup-Blanc otworzył trzymaną pod pachą tubę i wyciągnął z niej zwój, po czym podał Seneszalowi. Ten oczytał:
„Do Jego Królewskiej Wysokości, Henryka Krzysztofa, Pierwszego Tych Imion!
Jaśnie Oświecony, Najjaśniejszy Królu!
Pragniemy się do ciebie zwrócić, jako najwyższej władzy wykonawczej o przyznanie mojej skromnej osobie, Obywatelstwa Lumeryjskiego.”

Raferian przyklęknął na jedno kolano, a za nim jego ludzie.
„Przebywamy w granicach twej domeny, już od jakiegoś czasu.” –Czytał dalej Seneszal- „I wielce nam ta kraina skąpana w blasku twego majestatu, przypadła do naszego serca. Przypadły nam do serca jej dziewicze lasy, łąki i wody. Przypadła nam do serca jej dzika przyroda. Przypadli nam do serca jej mieszkańcy, a twoi poddani, oraz dzieła ich wytwórstwa; zadbane miasta oraz prężnie rozwijające się osady i zakłady przemysłowe, gotowe ubogacać twą krainę wszelkimi dobrami.
Przybyliśmy tutaj skromnie, wiedzeni jedynie kuzynowskim zaproszeniem szanownego Kawalera Antoine’a Iabolla. Ciepło się on o Waszej Królewskiej Wysokości wypowiadał, jeszcze w czasach Waszej elekcji i wiedz, że my również gdybyśmy przybyli na lumeryjską ziemię wcześniej, chętnie oddalibyśmy na was swój głos.
Przybyliśmy skromnie, lecz szybko postawiliśmy pierwsze kroki. Poznawaliśmy ziemie w okolicach Dzielnego Coeurvichon. A malownicza ta kraina, zwana Sa-Coeurviem, żywiła tak nas jak i naszych ludzi. Bogactwo lasów, potrafi naszej faktorii zapewnić wiele. Resztę zapewniamy sobie sami dzięki pracy naszych rąk i naszej pomysłowości. Nasza osada wygrodziła już pięć łanów i planuje grodzić kolejne. Nasza huta, choć na początku skromna, sukcesywnie przyrasta, a razem z nią wolumen przetopionych przez nas jednostek metali. Nasi górnicy niestrudzenie prowadzą wydobycie na miejscu, jak i prowadzą eksplorację nawet najdalszych złóż.
Aby oddać królowi, co królewskie, pragniemy symbolicznie przekazać, Waszemu Majestatowi jedną sztabkę jak najlepszej próby.”

Jeden z raferianowych wystąpił w przód i odsłonił przykrytą do tej pory chustką srebrzystą sztabkę, jakby był piekarzem odsłaniającym bochen świeżo wypieczonego chleba. Wręczył ją słudze królewskiemu a ten podał do ręki monarsze.
[/i] „Niechaj ten symboliczny owoc naszych znojów, jakie podejmujemy na pożytek nasz ale i Waszej Wysokości Królestwa, będzie skromnym przypomnieniem, że prawdziwie bogaty Król, nie musi być bogaty bogactwem własnym, gdy jest bogaty bogactwem jego wiernych poddanych, gotowych pracować dla pożytku nie tylko ich samych, ale i ogółu Społeczności Lumerii i najpierwszego spośród nich- ich Króla.” [/i]
Henryk I Krzysztof zwarzył metal w dłoni i z uznaniem pozostało mu jedynie stwierdzić:
-Uczciwa.
Raferian jak i jego ludzie stuknęli rękawicami w zakute w stal piersi, słysząc najlepszą pochwałę.
„Jako Obywatel pragniemy dalej razem ze swymi ludźmi, karmić wasz lud, Miłościwy Panie, owocami naszych pieców hutniczych, plonami wydartymi ukrytych między skałami rud.
Po wtóre, o Jaśnie Oświecony Królu, Jako Obywatel Królestwa pragniemy nie szczędzić sił i środków, aby działając na rzecz społeczności bronić tych, którzy bronić się nie mogą. Działając w zgodzie w wymaganiami honoru szlacheckiego, stawać z pieszo lub konno, z bronią białą lub palną, przeciw wszelkiemu złu, jakie może nastawać na innych spośród twych poddanych, mieszkańców, obywateli, a w końcu i na królewski Majestat.”

Raferian odebrał od drugiego ze swych ludzi klingę, obnażył ją z jaszczura i kłaniając się podał rękojeścią królowi. Ten znowu przez swojego sługę, odebrał symboliczny dar. Krzysztof I Henryk, przyglądał się półtoraręcznemu messerowi, o fantazyjnym kształcie połówki liścia. Wzrok królewski przebiegał po wykutych w stali runach egzotycznego kroju. ‘Ciekawy człowiek, ze chodzi na plecach z czymś takim.’ -Pomyślał Król, po czym pokłoniwszy się nieznacznie czołem na znak aprobaty, oddał miecz Raferianowi. Ten pokłonił się ponownie, schował klingę i ubrał na siebie, tak aby rękojeść wystawała znad jego lewego ramienia.
„Po trzecie zaś, na dowód że poprzednie słowa, nie są czczą gadaniną, pragniemy Jego Królewskiej Wysokości ofiarować kolejny owoc naszej pracy. Jako sprawni myśliwi planowaliśmy ofiarować Jego Królewskiej wysokości poroże najwspanialszego spośród jeleni. Koronę króla lasu, dla Króla Całej Lumerii. Jednakże najświeższe nasze odkrycia, zachęciły nas do zweryfikowania tych planów.”
Ostatnia dwójka spośród raferianowcych, wystąpiła w przód i złożyła na ziemi skrzynię, niesioną do tej pory jak w lektyce. Otworzyła, a wyciągnąwszy zawartość ustawiła ją na skrzyni. Półowalny kształt przykryty tkaniną wzbudzał ciekawość. Raferian podszedł. Ściągnął przykrycie. Na cylindrycznym, ciemno drewnianym podstawku znajdował się wypchany eksponat nakryty wielkim szklanym słojem. Długa, chuda szyja, przechodziła w głowę niby-ptaka z wielkim, na wpół otwartym zębatym dziobem długości łokcia. Oczka choć szklane nadal wyrażały wredność i krwiożerczość jaką stwór miał w sobie za życia. Dziwo przyciągało spojrzenia wszystkich. Nawet król uniósł brew.
„Oto, Miłościwy Panie, jest łeb Kurw…„ Seneszal się zająknął, jakby sprawdzając czy aby na pewno autor petycji nabazgrał w tym miejscu literę ‘v’. Upewniwszy się, że tak właśnie było, zmroził Raferiana spojrzeniem, ale odcharknął i kontynuował: „…łeb Coeurvoliszka, dzikiej bestii jaka czyhała na podróżnych w lasach na południe od Miasta Coeurvichon. Potworzyższcze miało pecha nastawać na nas i naszych ludzi, więc zasieklim je. Na pożytek nie tylko własny, ale i Królestwa, które uwolniliśmy od tego zagrożenia. A teraz niniejszym pragniemy ofiarować je Waszej Wysokości jako najzacniejszą zdobycz, jaka zechciała stanąć na naszej drodze.
Obowiązek ten obywatelski, zgładzenia monstrum, spełniliśmy choć z narażeniem życia naszego i ludzi naszych, to chętnie. Jesteśmy gotowi my, jak i nasi ludzie spełniać go kiedy tylko zajdzie potrzeba, a za dar poczytania naszej osoby w grono Obywateli, gotowi jesteśmy nie ustawać w wysiłkach oczyszczania Lumerii z temu podobnych niebezpieczeństw. Niechaj nasze Obywatelstwo, będzie nie tylko przywilejem ale i obowiązkiem, który jednak radzi będziemy wypełniać z ochotą i werwą.
Wiwat Lumeria!
Wiwat Król!
Na pohybel…”
Seneszal tylko westchnął ale tylko wzruszył ramionami „…Na pohybel wszelkiemu kur*stwu!”
Raferian uśmiechnął się pod nosem ukazując na chwilę swoje trójkątne zęby.
„Podpisano: Przemyślny Szlachcic Raferian de Loup-Blanc”
W ciszy jaka zapadła po oczytaniu tej deklaracji grał przez chwilę świerszcz.
Raferian czuł, że musi przerwać to milczenie. Wstał. Niczym konferansjer wskazał dłońmi na łeb kurwoliszka i rzekł:
-Tadaaam!
Lepszego wrażenia, jak i wniosku, zrobić by już nie umiał. Czekał na reakcję Króla.
***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-23 22:01:20

Odpowiedz
Król przegładził kilkudniowy zarost właściwy chwilom na łonie natury i mrugnął. Wnet pojawił się sługa z kuflem piwa. Król zaczerpnął i rzekł:

Widziałem najlepsze umysły tego mikroświata zniszczone szaleństwem,
głupie histeryczne knagie,
włóczące się przez lata po stolicach wszystkich w poszukiwaniu wściekłego spełnienia rozbuchanych ambicji,
anielogłowych gimnazjalistów spragnionych mitycznej dorosłości pod płaszczykiem tytułów, stolców, konfitur,
którzy fraternizowali się z podstarzałymi prokrastynatorami, używając wyszukanych słów i niewyszukanych metod, by odkryć tajemnicę dojrzałości,
którzy miesiącami budowali, a w mgnieniu oka burzyli dorobek mikrożywota, rujnując nadzieje i marzenia im podobnych,
którzy przez lata nie opuszczali swej piwnicy, ścierając do krwi klawiatury, wyjaławiając światłowody, a ich wysiłków nikt nie dostrzegł, nikt nie docenił,
którzy wdrapywali się na najwyższe godności i posady, tylko chyba, by z ich wysokości rzyć swą pokazać i jej zawartością okolicę skropić,
którzy w jednym swym krótkim żywocie widzieli jak rozkwitają i w pył obracają się imperia, wszystko za jednym czknięciem serwera cebea,
ale takiego wniosku o obywatelstwo nie widziałem.
’Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic’.
Raferian de Loup-Blanc   Antoine Iaboille   
Henryk I Krzysztof
2022-05-23 22:53:54

Odpowiedz
Po czem król mrugnął po raz wtóry, a objawił się sługa z fikuśną, zdobną a bogato inkrustowaną szkatułą. Król wziął, podszedł, a otworzył wieko, by oczom wszystkim ukazała się jednostka kamienia.
- Urzeczony Waszą hojnością, postanowiłem i od siebie podarek wyrychtować. Nie to, że się przy tym narobiłem szczególnie, jednak czy to z tego kamienia sobie postawicie przybudówkę w siedzibie, czy klatki na kukuły pomurujecie, czy jeszcze co innego, to zawsze będziecie mogli powiedzieć, że jest tam sztuka kamienia z królewskiego kamieniołomu - zaznaczył król.
I mrugnął po raz trzeci.
Objawił się wówczas kolejny sługa z pokaźnych rozmiarów pergaminem. Król chrząknął, a sługa się nachylił, coby jego plecy jako pulpit posłużyły. Król skreślił kilka linijek, zwinął pergamin i podał go Raferianowi.
- A o to i dokumentum, po któreście się fatygowali - rzekł. - A teraz się napijmy. Jesteście moim gościem, Szanowny Obywatelu.
’Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic’.
Raferian de Loup-Blanc   Antoine Iaboille   
Henryk I Krzysztof
2022-05-23 23:18:06

Odpowiedz
-Sługa uniżony Waszej Wysokości! -Odparł OBYWATEL de Loup-Blanc, kłaniając się głęboko i szczerze. Odebrał puchar. Skosztował. A potem już całkiem rozpogodził się. Zbójecko i wilczo uśmiechnął się bardzo szeroko. Król w jego fizjonomii dostrzegł, że coś co mu bardzo leżało na sercu, musiało zostać zdjęte. Że coś dopełniło się. ’Niesamowite jak od śmiertelnej powagi, oblicze to potrafiło przejść do zupełnej wesołości.’- Pomyślał.
-Jeśli mogę prosić, dajcie o Najjaśniejszy Panie, skosztować również moim ludziom. -Wypalił de Loup-Blanc. -Bez moich wiernych zabijaków nie byłoby mnie tutaj!
Król tylko wskazał dłonią by podano kolejne naczynia.
A Raferian de Loup-Blanc tylko na zmianę pił i szczerzył się. To był dobry dzień.
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-23 23:42:02

Odpowiedz
ODCINEK ÓSMY.
COURVA AUTO.


Na rozłożystej polanie stał sobie stary buk, a pod nim zaś stał Antoine Iabolle ze swoim sługą. Przyrodnik zadzierał głowę.
–O jejku, jejku! A gdzie ty tutaj wyrosłeś?
Skwitował wybór stanowiska przez drzewo, które wpadło na pomysł zasiać się tutaj z ponad dwa stulecia temu.
Drzewo tylko wzruszyło konarami animowane wiosennym porywem wiatru.
Antoine gdy nie pochłaniały go sprawy swojej huty, walki kukułów, picie wina lub kawy, lubił spędzać czas na łonie przyrody. Mało osób wiedziało, że jednym z powodów dla których po przybyciu na Lumerię nie wszedł w rynek drewna, było to że nie popierał przemocy wobec drzew.
Gdzieś może sto kroków dalej pasło się stadko danieli, również tak jak buk nie robiące sobie wiele z obecności Przyrodnika w pobliżu, za to malowniczo wypełniające pejzaż.
-Idylla. -Rzekł do siebie Antoine.
Wtem zwierzęta podniosły głowy i zastrzygły uszami. Przyrodnik też to usłyszał. Silnik.
Daniele wyczuwając że polana zrobi się zbyt gwarna, postanowiły majestatycznie krocząc opuścić lokal.
Antoine patrzył za nimi, a potem przeniósł wzrok na czarną Courvę Quitter Ma Famille, majestatycznie sunącą przez szutrową drogę. Szykowny automobil zaczął zwalniać. Przyrodnik spojrzał na rejestrację. CV007. Pozdrowił jadącego Kawalera Alphonse’a de Couervichon.
Maszyna zatrzymała się.
Lekko przyciemniana szyba opuściła się.
-Bon żurek! Co tam doktorku?
Raferian robiący zimny łokieć i patrzący znad wielkich ciemnych okularów. Wulgarnie wgryzający się w wielkie zielone jabłko.
-Eeeee???
De ja vu.

***

Jechali obaj tempem turystycznym, rozlani na wygodnych fotelach obitych czarną skórą. Silnik pracował miarowo. Sirena Antoine migała w tylnym lusterku. Miecz i muszkiet Raferiana leżały na tylnej kanapie.
-Niech zgadnę. –Przerwał milczenie Przyrodnik- Wrotka?
-Wrotka.
-Aha.

Jechali w milczeniu.
Silnik pracował miarowo.
Sirena Antoine migała w tylnym lusterku.
Drzewa z wolna przesuwały się za oknami.
-No dobra. Opowiadaj.
Raferian uśmiechnął się wilczo.
-Już myślałem że nie spytasz. –Odparł i spojrzał na przyjaciela, który dał za wygraną i dał znak by ten mówił. –Więc jadę do fabryki Courva Auto. Bardzo piękny zakład. Nowoczesny… Nic kupować nie chciałem, a tylko popatrzeć w katalog produktów. Ale patrzę, Pan Kawaler Alphonse. Wymieniam uprzejmości z Panem Prezesem. Ja cały na biało. On cały na czarno. Nie licząc tej kapitalnej kryzy. Gadamy, gadamy, gadamy, a przed sami rzędem stoją rzędem wszystkie Courvy. Chwalę wystawkę w salonie fabryki. A on mi, że tak powiem to akurat jego prywatne automobile. Obecnie jeździ sobie Catalaną, to poprzednie zabawki gdzieś stać muszą. No to podrapałem się po nosie i pytam czy mogę się przyjrzeć. No to podchodzę. Widzę, stoi czarnula Ma Famille, w stanie takim, że odbijam się w niej jak w lusterku. W środku w zasadzie bez śladów eksplantacji. Tylko nowością niestety już nie pachnie, tylko perfumami.
-Było nie było, Strażnik Elegancji.
-Było nie było, Strażnik Elegancji.
–Zgodził się Raferian i kontynuował: - Więc go pytam, czy jest bardzo sentymentalnie zżyty z maszyną. A on że w sumie to nie. No to go znowu pytam, ile by za nią chciał. A on mi w śmiech.
-Cóż. Mało osób ma tupet przychodzić do fabryki aut, kupować *używane* samochody.
-To też go tak z zaskoczenia musiałem urzec, jak wyjaśniłem, że kupiłbym go ze względu na ciebie. Dziwisz się? Słuchaj Drogi Antosiu. I tak o czymś z mocniejszym silnikiem, ale i lepszym wytłumieniem kabiny od Syrenki myślałem. A że ty twardo na swoim aby produkty Courva Auto z własnej kiesy promować, to rzekę Kurwemejerowi, że nie będę mu kupował nowej Ma Famille, bo ty do reszty zbankrutujesz.
-Tylko ty byś z czymś takim potrafił wyjechać.
-Ale go tym urzekłem! I on mi cenę daje.
–Machnął kilka razy palcami w powietrzu by pokazać liczbę tysięcy- A ja mu że mnie nią obraził!
-Co? Tak drogo, za używany samochód?
-Tak tanio! Zażądałem by podniósł cenę o 5 000 złota! Może i jestem Złotówą i nie mam wstydu jeździć używką, ale wartość dobrego automobila znam i wiem że był warty więcej niż usłyszałem. Zresztą wstyd by mi było brać samochód z tak małym przebiegiem za tyle co mi na początku powiedział.
-No to dogadaliście się?
-Jak widać. Dostał odliczone złoto do ręki. I co powiesz? Niezły spontan?
-Niezgorszy.
-Ano.
–Raferian wydął wargi smakując pewną myśl –No i teraz niechcący mam lepsze auto od ciebie.
-Ech… Chyba przyjdzie mi w końcu przesiąść się do czegoś lepszego. Syrena dobra ale prestiż już nie ten co kiedyś.
-Fakt.
-A wiesz, że teraz moja Huta Iabolle produkowała części na złożenie nowej Catalany?
-O proszę! Dla kogo? …Jeśli możesz zdradzić.
-Ale nim nie wyjedzie na drogi, to obiecaj nie powiedzieć nikomu.
-Obiecuję.
-Dla Króla.
-O żesz ty! Proszę cię! Na bogato. To wielka chwała dla twego zakładu!
-Oj tam…
-Antoine machnął ręką, niby dla oddania skromności, ale niezbyt mu to wyszło.
Jechali przez chwilę uśmiechnięci.
-A właśnie. –Zaczął Raferian –A słyszałeś że ruszają z budową dróg żelaznych?
-Tak. Obiło mi się o uszy.
-Huta Loup-Blanc odłożyła już pierwszą partię szyn, na ten projekt.
-No proszę. Rozwijamy się?
-Ano. Powolutku na przód…
-Kierowca podrapał się po brodzie –Rzuciłbym nawet więcej żelaziwa na ten projekt ale mam na oku większy temat.
-Hmmm…? Opowiadaj.
-Zobaczysz jak dojdzie do skutku.
–Uśmiechnął się tajemniczo.
Czarna Wrotka sunęła majestatycznie szosą, a kolejne przydrożne drzewa mogły się do woli w niej radośnie przeglądać do woli.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Siobraux Courva-Yebana   Henryk I Krzysztof   Jean Pierre Dolin   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-05-27 00:27:51

Odpowiedz
ODCINEK DZIEWIĄTY.
DOSTAWA.


Król Henryk Krzysztof, Pierwszy Tego Imienia zdmuchnął parę unoszącą się znad kawy. Przyłożył usta do swojej filiżanki. Upił łyczek. Pokontemplował chwilę patrząc na powoli przesuwające się drzewa. Zwrócił uwagę na powierzchnię naczynia. Kawa falowała. Trzęsło i królem i jego kawą. Ale widok z góry był ładny.
Król siedział na swoim fotelu pod baldachimem. Został on rozstawiony na górnej powierzchni wielkiego kamiennego bloku. Kamienny prostopadłościan spoczywał na kamiennych saniach. Te były powoli ciągnięte na drewnianych rolkach przez potężne cielska zaprzęgniętych po cztery w rzędzie wołów. Król niczym kapitan statku na swoim mostku mógł z góry podziwiać falujące morze wolich grzbietów i ludzi którzy niczym mrowisko poganiali zwierzęta, ścinali drzewa poszerzając gościniec, a następnie nieśli kłody pod sanie. Król odwrócił się. Za pierwszymi saniami, sunęły następne z mniejszymi już blokami. Kilku kilkometrowy wąż kamieni, wołów, drewna, okrętowych lin i armia robotników, przy dźwiękach bębnów i trąb z wolna sunął od Królewskich Kruszewic, torując sobie drogę przez lasy. Król-kapitan wyznaczył im kurs na północny wschód, ku ziemiom Coeurvichon. A potem mógł już tylko podziwiać majestatyczną epickość maszyny którą wprawiło w ruch zamówienie, które stamtąd przyszło.

***

Ostatnie drzewa ustąpiły. Sanie z wolna wytoczyły się na polanę. Jeden ze sług króla wskazał mu batem coś co dostrzegł drugiej stronie polany. Drugi sługa podał królowi lunetę. Król spojrzał. Uśmiechnął się.
-W końcu jest.
Trzy kilometry dalej ku nim posuwał się drugi wąż, tym razem złożony z wozów, które sądząc po wymyślnych kształtach pod plandekami musiały wieźć wielkie stalowe komponenty maszynerii do cięcia i obróbki kamieniarskiej. Król i jego kontrahent umówili się na obopólnie korzystną wymianę, a ich przedsiębiorstwa miały wzajemnie otrzymać produkty drugiej ze stron, tak potrzebne do wzajemnego ich rozwoju.
Od drugiego zgrupowania oddzielił się czarny kształt i wyruszył drogą ku królowi.
-Heh. Ma fantazję. Trzeba mu to oddać. –przyznał Henryk Krzysztof przed sobą samym, dostrzegając osobę która zamówiła u niego wszystkie te setki jednostek kamienia.
Wśród wysokich traw jechała czarna Courva Auto, nad którą na niskim drewnianym maszcie łopotał czarno biały sztandar. Na niewielkiej platformie, przypiętej niczym bagażnik dachowy tego specyficznego okrętu flagowego, stał zaś jego kapitan we własnej osobie. Wielki biały kapelusz. Biały płaszcz dla większego efektu narzucony luźno na ramiona by mógł nim powiewać wiatr. Pewna siebie poza ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. To musiał być on.
Wrotka Raferiana de Loup-Blanc, pokonała łąkę, wyminęła rzędy wołów i zbliżyła się do boku królewskich sań. Biały kapitan zdjął kapelusz, zawinął nim ósemkę i zaczął deklamację:
-Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi…
-…Omijam koralowe ostrowy burzanu.
– Dokończył z nim zgodnie na dwa głosy rozbawiony król.
-Przemyślny Szlachcic Raferian de Loup-Blanc doprasza się o pozwolenie na wejście na pokład!
-Pozwolenie takowe udzielam!

Wrotka zaparkowała przy podeście dla wolarzy i Kapelusznik przeskoczył na sanie. Pokonał kilka stopni na poziom kamiennego pokładu, podszedł pod baldachim, z wielkim szacunkiem przyklęknął na jedno kolano i pokłonił głowę przed majestatem.
-Najjaśniejszy mój panie.
Król odebrał pocałunek w sygnet i położył mu dłoń na głowie, niczym na łbie wielkiego psa.
-Witaj Mości Raferianie.
Szlachcic sięgnął do torby, wyciągnął zawiniątko, rozpakował i na białej chustce podał królowi prosty kamieniarski motek.
-Wasze narzędzia przybyły.
Henryk I Krzysztof odebrał próbkę, ocenił w dłoni. Ukontentowany dał znać by jego poddany powstał. Wskazał dłonią na wąż kamiennych sań za sobą.
-Wasz kamień również tu jest.
Raferian skinął oczyma i uśmiechnął się pod nosem.
-Widzę, że planujecie naprawdę niemałą rozbudowę swojej huty, Mości Raferianie.
-Dokładnie taki jest plan, Wasza Miłość! Na fundamentach od was… Na królewskich fundamentach planuję budować swoją fortunę!


***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Jean Pierre Dolin   Siobraux Courva-Yebana   Henryk I Krzysztof   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-01 20:54:19

Odpowiedz
ODCINEK DZIESIĄTY.
PROGRES.


-I ja mu wtedy mówię. –Kontynuował swoją opowieść Raferian – „Dzięki ci Wasza Miłość, za twój wkład w budowę Drogi Żelaznej Coeurvichon –Nowa Precelkanda!”
-A co on ci na to? –Odparł Antoine.
-Zapytał mnie co przez to rozumiem. No to mu pokazałem dłonią tą równo wyciętą przecinkę w lesie, jaką musiał zaordynować aby transport jego kamienia mógł do mnie dotrzeć i rozwinąłem myśl. Mówię mu, że znaczny odcinek drogi jaką obrał pokrywa się z traktem łączącym oba miasta, a żeby móc położyć tory, to –wybacz mój drogi, wiem że nie popierasz masowych wyrębów- trzeba najpierw usunąć rosnące na szlaku drzewa. Jego transport odwalił więc część roboty jaka czekała na nasze Towarzystwo Kolejowe.
-Jego transport. Który ty zamówiłeś.
-Nie będę sobie przypisywał przesadnie wielkich zasług.
-Stwierdził Raferian z fałszywą skromnością patrząc na to czy ma równe paznokcie.
Umiarkowanie równe paznokcie Raferniana, były zwieńczeniem jego lewej ręki robiącej właśnie zimny łokieć. Prawą od niechcenia trzymał na kierownicy swojej Wrotki, która spacerowym tempem jechała bok w bok bliźniaczego czarnego automobila. Antoine Iaboille niedawno przyjął wyzwanie rzucone mu przez przyjaciela i w końcu również zainwestował w nową furę. Teraz siedział w niej na bocznym siedzeniu, pozwalając by jego służący robił za szofera i przez własne okno z dobrze spędzał czas na plotkowaniu z jadącym obok Raferianem.
-Z resztą. –Przemyślny Szlachcic podjął znowu wątek- I tak transport jeszcze dobrze nie obrócił w obie strony, a już na przecince zaczynali się kręcić ludzie Pana Siobraux’a, zbierali te wszystkie ścięte drzewa i układali je w stosiki. I słusznie. Dobre drewno nie powinno się marnować. A podkładów kolejowych na nowej budowie nigdy nie jest za dużo… Ja tam, że tak powiem w drewno nie wchodzę. Mam dosyć własnej zabawy w produkcji zapasu szyn.
Jechali przez chwilę w milczeniu rozkoszując się przejażdżką.
-A właśnie. –zaczął Przyrodnik- Wspomniałeś Królowi o swoim pomyśle na nazwę modelu jaki mógłby kiedyś sobie sprawić? Skoro już raz nawiedził nasze lokalne zakłady…
-Courva Regina?... A wyobraź, sobie że zapomniałem.


***

Dwie czarne Courvy Ma Famille wyjechały na szczyt wzgórza, z którego roztaczał się ładny widok na posadowioną na kolejnym rozległym wzniesieniu faktorię należącą do Loup-Blanca. Na górze stało kilka skłębionych ze sobą drewnianych budynków. One, razem z wiatrakami napędzającymi koła hutniczych maszyn i młynów były pierwsze. Okolone wałem i ostrokołem, pod którym usypano kolejne szańce z narożnymi bastionami. Gdzieś w tym nieco ciasnym założeniu znajdował się skromny i prosty dworek myśliwski, robiący za raferianowe siedliszcze, nad którym górowała dobrze widoczna stąd staromodna wieża. Antoine wiedział, że wieża była tutaj wcześniej niż Raferian, który jedynie zaczął ją restaurować i odbudowywać na własne potrzeby. Podobnie jak labirynt ‘podziemnego miasta’ które rozciągało się pod nią.
Poniżej grodu ciągnęły się dwa rzędy domów i zakładów już luźniej, a równo ustawionych wzdłuż idącej w dół drogi, które powstać musiały później. Same w sobie wyglądały na większe i obdarzone lepszymi proporcjami od swych starszych poprzedników. Część cieszyła oko czerwienią nieotynkowanej cegły. Każdy cieszył oko zielenią przydomowego ogródka.
U podnóża wzgórza, na płaskim terenie nad rzeką, pomiędzy polami i pastwiskami, rosły zaś najnowsze inwestycje. Wielka, murowana w cegły hala, z wręcz monumentalnym frontem z importowanego precelkhandzkiego kamienia. Antoine nieraz zastanawiał się jak bardzo architektura przemysłowa powinna być utylitarna, a jak bardzo powinna spełniać funkcje reprezentacyjne, będące nie tylko kaprysem ale i odzwierciedleniem duszy sponsora. Sądząc po wielkich atlasach trzymających portal głównej, ostrołukowej bramy, dusza raferianowa musiała być secesyjnie bombastyczna i jednocześnie urzekająco neogotycko wzniosła. De Loup-Blanc budował dla swoich ludzi katedrę, w której codziennie na trzy-cztery zmiany mogliby odprawiać nabożeństwa na cześć metalurgii. Przyrodnik, wiedział, że idea Ducha Postępu jest bliska jego kuzynowi, aczkolwiek dopiero teraz dochodziło do niego jak poważny dla Raferiana musiał być ten koncept. Mury hali-katedry otaczały rusztowania, na których trwał ruch, migający nawet z oddali. Od rzeki kopany był kanał, którym woda miała napędzać koła zakładu. Starsze zabudowania wypluwały kolejne wozy części, które wjeżdżały do hali-katedry, a wyjeżdżały puste. Huta rosła w oczach.
Inne wozy wiozły transporty szyn do magazynów, na które zaadaptowano pradawne podziemia, a które teraz otwierały się wrotami wielkiego hangaru niknącego w trzewiach Góry. Antoine samemu jako hutnik rozumiał ten zamysł. Podziemia musiały mieć za małą wentylację aby móc wykorzystać je do celów produkcyjnych, jednak były idealne do składowania rud, półproduktów oraz gotowych wyrobów.
-Fiu. Fiu. Nie ma co, Raferianie. Jak tak na to patrzę, to na własne oczy widzę, że naprawdę nie godzi się nazywać ciebie dłużej „Drobnym Przedsiębiorcą”.
-Ano tak wyszło. Nie wiem, czy widziałeś najnowsze raporty gospodarcze. Wychodzi z nich, że jeśli idzie o żelaźników, nowo rozbudowywana Huta de Loup-Blanc idzie na drugie miejsce pod względem wielkości w całym Okręgu Coeurvichon. Zaraz za twoją Hutą Iaboille. Oczywiście.
-Nie no… Ładna ta twoja nowa huta. Nie ma co.
-Nowa Huta. Hmmm… Podoba mi się ta nazwa. Wpada w ucho.


***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Siobraux Courva-Yebana   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-02 12:21:17

Odpowiedz
ODCINEK JEDENASTY.
UPADEK.


Raferian de Loup-Blanc padł. Ponieśli go na noszach we czterech, jego niscy a silni i barczyści ludzie. Parę kroków z tyłu szedł Antoine Iaboille razem z raferianowym sztygarem i jeszcze kolejna grupa hutników i górników. Wszyscy z muszkietami i toporami, „bo nie wiadomo jakie cholerstwo może z lasu wyskoczyć”- jak sami mówili. Zostawili za sobą miasto i kierując się do jego siedliszcza, wybrali trasę mijającą Jezioro Coeurvichon od północy.
-A właśnie. Mielimy podziękować panu szanownemu, że pan raczył nam pomóc odnaleźć szefa –zaczął Sztygar. Chodzilimy, chodzilimy, ale znaleźć my nie mogli same. Kiej kamień w woda, pod ziemia się szef zapad.
-Oj tam, zwróciliście się do mnie, to co miałem nie pomóc
–odparł Przyrodnik. –Z resztą, pomysł wzniesienia kościoła wandejskiego, to był mój pomysł… a że wywiązała się dyskusja, w której zgłoszono projekty architektoniczne zbyt godzące w zapatrywania mego kuzyna o dobrej architekturze… Co zrobisz. Jak wy to mówicie- porobiło się.
-Ano porobiło się panie szanowny.
-Biedaczek. Szok estetyczny jakiego doznał, sprawił że znowu dostał nawrotu pastelozy.
-Biedny szef.

Obaj spojrzeli na milczącą, zapatrzoną nieruchomo w pustkę twarz Raferiana, na której nadal widniały różnokolorowe place jakie się na nią rzuciły. Wzorki z przewagą żółtego i niebieskiego wyglądały naprawdę niezdrowo awangardowo. Obaj westchnęli. Antoine wiedział, że o ile modernizm i brutalizm może jeszcze jego kuzyn jakoś wytrzymał, o tyle tzw. Sztuka lat 90.tych razem z jej zamiłowaniem łączenia tanich materiałów z nieoczywistymi zestawieniami barwnymi… Nie. To musiało być dla niego zbyt wiele.
Po tym jak Raferian opuścił dyskusję nad architekturą, zapadł się gdzieś na jakiś czas i dopiero znacznie później został znaleziony przez Antoine’a, zataczający się po zaułkach północnej części Coeurvichon, strawiony przez niezwykłą dolegliwość. A przynajmniej Antoine twierdził przed raferianowymi ludźmi, że tak swojego przyjaciela znalazł.
Wtem usta Raferiana poruszyły się pierwszy raz od iluś godzin.
-Cichoj chołopy! Szef będzie godoł!
Postawili go na ziemi i nachylili się wszyscy.
Raferian spojrzał po nich swoim obłąkanym spojrzeniem na pstrokatej twarzy i rzekł:
-Kwieciem pachnie.
Spojrzeli po sobie i dookoła. Byli na łące. Ale w obawie, że ostatnie słowa szefa miałyby być tak obciachowe, Sztygar zakomenderował do wszystkich i do Antoine’a:
-Panie szanowny, pan trzymie lejek, a my otwieramy piwo piernikowe. Bedziem lać do mordy aż wstanie. Ratować go nam trza!
-Piwo piernikowe? Skąd ten…

Ale Przyrodnik zrozumiał nim zakończył pytanie. Piwo piernikowe ściągali zza Lumerii, jako produkt bardzo gotyckiego miasta. Nie mogło mu zaszkodzić.

***

Raferian leży na łożu z kolumienkami, z ciężkiego ciemnego drewna. Blady jak kreda, bo barwy wszelakie opuściły jego oblicze. Biały tak z twarzy jak i nazwania. Narzuta jego łoża granatowa, wyszywana w ośmoramienne gwiazdy. Na stoliku nocnym talerz piernikowych serc. Jedno nadgryzione spoczywa w dłoni pokonanego rycerza. Ten żuje serce piernikowe. Żyw będzie. W domowym zaciszu zatrucie postmodernizmem z wolna opuszcza jego ciało i ducha.

Łoże wstawione do wnętrza w jego w jego starej kamiennej wieży. Ogień kominka gra cieniami po grubych belkach stropu. Ostrołuki okien komnaty łagodzą nerwy rycerza. Zbroja jego i kolekcja mieczy robią mu za najlepszych towarzyszy. Czekają aż z nimi wyruszy na bój. Zwierzęta ze sceny polowania na gobelinie, strzegą bezpieczeństwa strudzonego szlachcica. Czekają aż zatańczy z nimi taniec łowcy. Biblioteczka starych pism napełnia go poczuciem bezpiecznego oczytania. Księgi czekają by być pożarte. Pod głową Raferiana poduszka z granatową klaczą pegazorożcem, patronką ukojenia. Czy to jej moc poprawę stanu chorego przyniosła?

Przy łożu chorego, wierny Antoine z rodu Iaboille, przemawiający: „Żalu do mnie nie miej cny kuzynie, przewidzieć nie mogłem, co za idee w głowach Lumeryjczyków mogą się kłębić. Sam składając klasyczny projekt obawiałem się, czy nie będzie on zbyt śmiały. Tymczasem śmiałość innych przerosła me ekspektatywy. A będąc gospodarzem dyskusji przerwać tego nie mogłem, bo dyshonor były to. Wizje moje dla Coeurvichońskiego Grodu, jako miasta czystych białych kamieni i parkowych alei nie zawsze padają na podatny grunt.”

Odpowiada mu Raferian: „Urazy nie chowam, boś mi druh. Jeszcze nadzieja na dobrą architekturę nie przeminęła póki my dwaj tutaj jesteśmy. Twoje kolumienki i me ostrołuki jeszcze znajdą dla siebie miejsce. Postmodernizm znienacka mnie zaatakował. Drugi raz zaskoczyć się nie dam. Mimo że to przebiegły przeciwnik. Tymczasem prośbę do ciebie mam.”
„Jakąż to?”
Rzecze Przyrodnik. „Poczytaj mi książkę, proszę.” Odpowiada Rycerz. „Jakąż to?” Wtóruje Przyrodnik. „Tenże.” Wskazuje mu Rycerz. Przyrodnik przygląda się książce. Ten otwiera by odczytać werset:

„Hrabia Roland leży pod sosną. Ku Hiszpanii obrócił twarz. Wiele rzeczy przychodzi mu na pamięć: tyle ziem, które zdobył dzielny rycerz, i słodka Francja, i krewniacy, i Karol Wielki, Jego pan, który go wychował…”

Gotyckie serce Raferiana ukojenia doznaje. Żyw będzie.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Jean Pierre Dolin   Siobraux Courva-Yebana   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-04 22:53:19

Odpowiedz
ODCINEK DWUNASTY.
KRÓLEWSKI KAMIEŃ. KRÓLEWSKA STAL.


Król Henryk I Krzysztof oraz Raferian stali na trawiastym wzgórzu i podziwiali panoramę Sa-Coeurvie’a, w tym roztaczającą się przed nimi na pierwszym planie malowniczo położoną osadę założoną przez de Loup-Blanc’a, od jej najstarszej części na szczycie, po potężny zakład hutniczy na dole.
-Zgrabnie się tutaj urządziliście Panie de Loup-Blanc.
-Dziękuję za ciepłe słowa Wasza Miłość.
-Szczególnie huta. Widzę, że rośnie jak na drożdżach.
-Tak, mamy ambicje naszą Nową Hutą, gonić Starą Hutę de Iaboille. Dzięki nam nie zabraknie dla Coeurvichon stali, ani niczego takiego.
-Nowa Huta. Nazwa wpada w ucho.
-A i owszem, Wasza Miłość, dokładnie tak samo pomyślałem.
–delikatny pokłon- Wracając do meritum, dokładamy wszelkich starań by tak się działo. W czym zasługa także i Waszej Miłości.
Raferian wskazał dłonią na wąż ciągnionych przez woły sań z precelkhandzkim kamieniem, jaki wił się drogą do jego huty. Właśnie zaczynał się rozładunek, dostawy, gdy z drugiej strony z podziemnego magazynu wyruszał drugi wąż, tym razem wozów z produktami huty, jakie miały być dane Królowi w rozliczeniu.
-Drobiazg! –Machnął ręką Król.
-Ośmielę się nie zgodzić. Gdy dawałem nowe ogłoszenie otwarte na wymianę barterową, w życiu bym nie przypuszczał, że szykujący się do koronacji monarcha, zechce znaleźć czas na taką eskapadę. Tak po prawdzie trochę mi nawet głupio że zawracałem Jego Wysokości, jego królewskie cztery litery.
-A tam, drobiazg… Z resztą, miałem do was przy okazji jedną sprawę.
–Król pstryknął palcami i jego stojące nieco za nim sługi, zrzuciły plandekę z wozu, który wcześniej odłączył się od głównego transportu i razem z królem wdrapał się na punkt widokowy. Król i rycerz podeszli. –Doszły nas słuchy, że ostatnio zaniemogliście, mój panie… -Raferian chciał negować, lecz dłoń króla mu przerwała- …I odnieśliśmy wrażenie, że wasz stan, mógł być spowodowany po części przez projekt, który my zdecydowaliśmy się forsować. Aby nie mówili potem, że król swoich obywateli do choroby sprowadza, zadecydowaliśmy się wręczyć wam, ten oto skromny dowód pokrycia strat estetycznych jakie przez nas ponieśliście.
Raferian podszedł do wozu. Jego dłoń pogłaskała wyrzeźbione kamienie.
-Ta stylistyka. Jest gotycka.
-Jak lubicie.
-To… tutaj… To… do tego… Po złożeniu, będzie z tego fontanna. Cztery kolumny spięte ostrołukami.
-Doszły mnie słuchy, że może wam się coś takiego spodobać.

Rycerz nie znajdując słów podszedł i przywarł do kolan króla. Monarcha ojcowskim gestem położył mu dłoń na głowie.
Po chwili Raferian wstał i przemówił.
-Ja również cieszę się na to spotkanie Wasza Miłość, gdyż i ja mam dla Was niespodziankę. –Teraz z kolei on poprowadził króla do własnego wozu, któremu z kolei on nakazał wjechać tutaj za nimi. Niscy, kwadratowi raferianowi ludzie, we czterech ustawili jakiś wolno stojący przedmiot, mniej więcej postury i kształtu człowieka, po czym rozpięli liny trzymające płótno jakim zawiniątko było przesłonięta.
-Oto jest mój dar! Dar Huty De Loup-Blanc, na rychłą koronację Waszej Miłości -Raferian odsłonił przed gościem co było pod spodem. Powoli rdzewiejące na niebie słońce momentalnie zagrało swym blaskiem, na powierzchni stalowych, złoconych na krawędziach płyt. Stalowy człowiek opromienił króla swym blaskiem. W swym milczeniu wyglądał podniośle, uroczyście, a jednocześnie nie miał na sobie wielu zbędnych udziwnień. Z jednej królewsko godny, a z drugiej praktyczny. Złoty a skromny, chciałoby się powiedzieć.
-To zbroja.
-I to nie byle jaka Wasza Miłość! Wystarczająco zdobna by móc zaszczycić członki Waszej Miłości w czasie ceremonii sakry. Wystarczająco mocna by Wasza Miłość mogła w niej startować w turniejach konnych… O ile Wasza Miłość zechciałaby kiedyś spróbować. Stąd ten wielki lewy naramiennik. Oraz wbrew pozorom, tylko wyglądająca na ciężką. Przy dobrym spasowaniu i odrobinie wprawy, można w niej po ubraniu robić nawet fikołki… Nie żebym Waszą Miłość zachęcał!... Wiadomo, to nie licowałoby z godnością korony… Ale chcę przez to powiedzieć, że jest to w niej teoretycznie możliwe…
-Oczywiście…
-No i mając ją na sobie, nie musiała by Wasza Miłość troskać się o kurwoliszki. Przynajmniej nie o te mniejsze. Doszły mnie słuchy, że gdy ja leżałem złożony niemocą, miała Wasza Miłość nieprzyjemność nadziać się na polowaniu na to cholerstwo.
-Oj tam. Nic poważnego…
-A jednak, nie było mnie wtedy u Waszego boku. I mimo chęci, nie zawsze będę mógł być, aby móc Waszą Miłość salwować swoim mieczem. Dlatego tym bardziej byłem zmotywowany by taki prezent dla Waszej Miłości zaprojektować, a moje krasno… moi ludzie tym bardziej byli zmotywowani aby dla Waszej Miłości go wykonać. Sprawdzaliśmy, że można na tych blachach łamać uderzane płasko miecze, a przez dobre zachodzenie na siebie płyt, ciężko znaleźć szczelinę, przez którą zęby czego co wyjdzie z lasu miały by się łatwo przecisnąć.
-No tak, widzę, że nie zapomnieliście o literalnie żadnym z takich miejsc.
-Król nie mógł nie skomentować, pewnego rzucającego się w oczy elementu konstrukcji, który bardzo wydatnie wystawał jej w przód. Wiedział że w terminologii fachowej, nazywało się to ‘mieszek’, ale w jego rozeznaniu, zbrojmistrzowie rzadko decydowali się konstruować to ze stali, a tym bardziej w takim rozmiarze.
Rysunek
Raferian podrapał się przez chwilę w głowę, jak ubrać we właściwe słowa pewną myśl.
-Powiem to tak Wasza Miłość. Obaj wiemy że kurwoliszki to wredne sukinsyny. Gotowe odgryźć człowiekowi wszystko co im wpadnie w zęby. Pomyśleliśmy, ja i moi ludzie, że nie da się Królowi dać lepszego prezentu, jak zwiększenie szans na to, że za przeproszeniem, będzie miał kiedyś czym przedłużyć swój ród.
Król uniósł brew, a rycerz kontynuował:
-Jest to więc, jak Wasza Miłość widzi sprawa wagi państwowej. Nie tylko ekhm. zadziorny i rezolutny element dekoracyjny… A że zgrabnie będzie się komponować z nazwaniem rodowym, Waszej Miłości to no cóż, chyba nie należy wstydzić się własnej przeszłości, prawda?… A z resztą… Diabli wiedzą co jeszcze kiedyś na nas wyjdzie z tych lasów… Lepiej dmuchać na zimne… O przepraszam za niefortunne sformułowanie w tym kontekście…

***

Słońce już zachodziło za wzgórzem de Loup-Blanc’a, gdy Henryk I Krzysztof namówiony, aby jak już jest to został odrobinę dłużej, mógł być świadkiem oraz uczestnikiem znamiennej uroczystości. Na placu przed przypominającym katedrę frontem głównej hali Nowej Huty, zgromadzili się z rodzinami wszyscy raferianowi ludzie. Spory tłumek po lewej i prawej. Mieli bukiety polnych kwiatów, wstążki, kotyliony i proporczyki w barwach państwowych.
Raferian w prostej, białej roboczej koszuli i wielkich rękawicach, podszedł do stojącego na podwyższeniu monarchy i podał mu, nie bez trudu, Królewski Kamień. Ten sam, który otrzymał od Króla w darze, w dniu gdy został Obywatelem Lumerii. Król-Kamieniarz raz jeszcze położył nań swoją dłoń. Po chwili rycerz odebrał Kamień od monarchy, założył go sobie na ramię i skierował się ku głównej, otwartej na oścież bramie huty. Kroczył, widać że nieco zmagając się z ciężarem, krok za krokiem pokonując cały plac.
W portalu bramnym została przygotowana wcześniej nisza, zaprawa i narzędzia. Raferian odłożył kamień. Zamieszał w wiadrze, nałożył szpachlą i wyrównał. A potem trudząc się ostatni raz wcisnął kamień w ścianę. Upewnił się że dobrze siedzi. Otarł naddatek zaprawy. Odłożył narzędzia. Zrobił trzy kroki do tyłu, obrócił się i uniósł ręce. Z tłumu wydarł się ryk wiwatu na cześć Króla.
Królewski Kamień został wmurowany.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Guy d’Oùpaint   Jean Pierre Dolin   Siobraux Courva-Yebana   Antoine Iaboille   Henryk I Krzysztof   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-07 15:50:33

Odpowiedz
ODCINEK TRZYNASTY.
BROSZURA.


Była godzina dokładnie jedenasta pięćdziesiąt trzy przed południem, pierwszego dnia po uroczystości sakry królewskiej Henryka I Krzysztofa, gdy Antoine Iaboille wszedł do pokaźnego namiotu Raferiana de Loup-Blanc. Zjazd koronacyjny sprawił że wszystkie wolne łóżka w Cogne-de-Valony były zajęte i część gości postanowiła zamiast się cisnąć, po prostu rozbić obóz na szerokich wygodnych błoniach nadrzecznych. Raferian także uznał, że pozostanie między swoimi ludźmi.
Przyrodnik zastał swego kuzyna siedzącego w białej koszuli na fotelu w trakcie golenia.
-Bon żur!
-A bon żur, bon żur! Wejdź proszę. Mistrz właśnie ze mną kończy.

Golibroda faktycznie kończył zdrapywać białe mydło z podgardla szlachcica. Broda została idealnie wyrównana. Policzki idealnie oczyszczone.
-No proszę. Wczoraj golenie, dziś golenie… Ach! Ach!
-No a co? Mam chodzić zarośnięty jak u siebie? Trzeba dbać o swój wizerunek na Dworze. Proszę rozgość się. Zaraz podejdę.

Raferian przejrzał się w lusterku z każdej strony. Po dwa razy. Podziękował. Przerzucił ręcznik przez kark i zasiadł do stołu obok kuzyna. Kawiarenka podała dwie kawy. Sługa postawił talerz piernikowych serc. Antoine patrzył jak jego przyjaciel blady i z podkrążonymi oczyma rzuca się łapczywie na kawę.
-Nadal kac trzyma po wczorajszym?
-Ech… Nawet mi nie mów.
-Nie musiałeś obracać toastów, z literalnie każdym.

Raferian spojrzał na niego jakby ten spadł z Księżyca.
–Dobrze. –Poprawił się Antoine- Nie musiałeś spełniać z każdym toastu do dna wielkim kielichem i brać dolewek.
-Będziesz mi matkował, czy sprowadza cię coś konkretnego?
-Właściwie to tak!

Przyrodnik wyciągnął z wewnętrznej kieszeni broszurkę i podał Raferianowi żującemu ciasto przy drugiej już kawie, po czym rzekł:
-Dziś doszedł transport z drukarni. Folder reklamowy Huty de Iaboille.
-Mmmm… Cudeńko!
–Raferian zaczął przeglądać –Antosiu, no teraz to żeś mnie zaimponował… O padron. Baronecie Antoine!
-Baronecie Raferianie!
–Przyrodnik odpowiedział uśmiechem na uśmiech i patrzył jak kuzyn pożera treść artykułu reklamowego. Wiedział, że ten czyta bardzo dokładnie i że jeżeli na składzie, ktoś zamienił choćby jedną spację z przecinkiem, to zaraz się o tym dowie. Skacowany Raferian pozostawał Raferianem.
-Dumny jestem z ciebie. Tyle zakładów hutniczych, kamieniarskich, drzewnych, a nikt jeszcze takiego sobie nie wydał. Przecierasz nowe szlaki krajowej gospodarki! Oj nadal będzie się miała czego Nowa Huta uczyć od Starej.
-Och już przestań.
-Hmmm… Zobaczmy… „Początkowo, Huta eksploatowała pokłady rudy położone w pobliżu miasta. Później wydobycie przeniosło się w bogate w żelazo tereny położone na północ od Jeziora Couervichon. Z uwagi na fakt, iż północne pokłady są już na wyczerpaniu, obecnie przedsiębiorstwo pozyskuje surowce z rud położonych na Sa-Coeurvie’u.” …Nie wiedziałem, że przeniosłeś się z wydobyciem na mój brzeg jeziora.
-Tak, to świeży temat. Pchnąłem tam pracowników, dosłownie gdy oddawałem tekst do druku, pakując się do drogi na uroczystość sakry królewskiej…
-O którym złożu mówimy?
-Tym zaraz na północ od twojej huty, a co?
-Hmmm…
-Raferian wziął głębszego łyka kawy, ściągając brwi i trawiąc jakąś myśl.
W tym czasie do namiotu wszedł goniec.
-Do Kawalera, chef d’entreprise Iaboille.
-Baroneta!
–Poprawili go obaj jednocześnie.
-O przepraszam najmocniej, tak tutaj…
-Nic się nie stało, to świeży tytuł.
–Antoine odebrał depeszę od stremowanego człowieka. Ten pokłonił się i wyszedł.
-To od moich. –Rozerwał pieczęć i otworzył.
Po chwili Raferian zapytał, widząc że wieści wprawiły kuzyna w zakłopotanie:
-To co piszą, jeśli można wiedzieć? –wziął łyk.
-Ech… Widzisz… Dyrektor Działu Wydobywczego pisze, że złoże, które im wskazałem uległo właśnie wyczerpaniu i…
Fontanna kawy.
-COOOOOOOOO???
-…I pyta gdzie teraz mają kopać… A tobie co się…?

Raferian pobębnił palcami po stole, rzucając mu spojrzenie w którym zapłonęły właśnie dwa wielkie piece hutnicze, po czym wstał. Zrobił parę kroków i sięgnął po róg myśliwski oraz potężny prawie dwumetrowy muszkiet, zdobiony na kolbie scenką oddaną w kości słoniowej, a przedstawiającą skąpanego w promieniach słońca pegazorożca w galopie.
-Po co ci Celestyna? –tak Raferian nazywał pieszczotliwie swój niedorzecznie długi karabin- Idziemy na polowanie? Wiesz, że nie mam ani swojego aparatu… ani broni…
-Ja mam. Wystarczy.

Ze skupieniem na twarzy nasypał prochu do lufy.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Henryk I Krzysztof   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-08 21:56:56

Odpowiedz
ODCINEK CZTERNASTY.
HARCE.
(ALBO ODCINEK SPECJALNY W KTÓRYM RAFERIAN DE LOUP-BLANC NIE WYPOWIE ANI JEDNEGO SŁOWA).


Gdzieś z oddali poniósł się odgłos wystrzału.
Stado gołębi poderwało się do lotu.
Dosłownie trzy sekundy później z wieży Cathédrale Notre-Vande de Cogne-de-Valony odezwał się hejnał.
Jego Królewska Wysokość Henryk I Krzysztof oderwał się od stosu papierów jakie leżały przed nim na stole, poprawił w fotelu i słuchając melodii na trąbce zapatrzył się najpierw na wieże katedry, gdzie wczoraj został ukoronowany, a potem na błękitną wstęgę rzeki. Z obszernego tarasu jego rezydencji roztaczała się przed nim malownicza panorama ustawionych po lewo w łuk kamieniczek o frontach z piaskowca i dachach z szarej dachówki, przed którymi roztaczał się szeroki bulwar, pełen kolorowych pergoli, zapraszających do sklepików, butików i miejsc gdzie można było dobrze zjeść. Bulwar ten oddzielony był elegancką barierką od jeszcze szerszych trawiastych błoni. Nic tylko rozstawiać sztalugi i malować.
Odziana w czarny strój z białym fartuszkiem Pani Kawiarenka podała siedzącemu w szlafroku królowi kolejną już dziś kawę, którą dosłownie chwilę temu skończyła parzyć. Król skinął jej głową z aprobatą i spróbował.
-Mmmm! Wyśmienita, Mój Horacy. Powinniście spróbować.
-Dziękuję, Wasza Miłość. Już spróbowałem. Istotnie ziarna najwyższej jakości były długo palone, a mleko ma najwłaściwszą temperaturę. Wzorek z kakao w kształcie korony to wzruszający gest.

Król spojrzał na stojącego obok niego dżentelmena w pełnej zbroi i zastanowił się jak w tych wszystkich blachach udało mu się tego dokonać bezszelestnie w ciągu może kilkunastu sekund na które stracił Panią Kawiarenkę z oczu. Król rzucił okiem na filiżankę. I otrzeć ust ślad po upiciu.
-Nie powiem, wyrabiacie się Mój Horacy.
-Dziękuję za uznanie, Wasza Miłość. Taki mój fach. Kosztowanie królewskich potraw w miejscach publicznych to dla mnie zaszczyt i przyjemność. Robienie tego w sposób dyskretny, tak aby nie angażować uwagi Waszej Wysokości, uważam za właściwy sposób realizacji mego zadania.
Król nic nie odrzekł, a jedynie uniósł brew z aprobatą oraz wrócił do swojej kawy i widoku na rzekę. Chwila wytchnienia od pracy dobrze mu zrobi.
Horace La Rocque Richelieu. Od kilkunastu godzin świeżo upieczony baron, stał dumnie z rękoma złożonymi na plecach, pozwalając sobie na chwilę przymknąć oczy i cieszyć się słońcem. Promienie pięknie grały na jasnej stali z wykutymi i wytrawionymi w niej motywami roślinnymi, herbem biało-żółtym w skos oraz literami RH. Ciemne, idealnie ułożone włosy. Szlachetne oblicze. Miecz za pasem w niedźwiedziej skórze, w swojej długiej 29 centymetrowej rękojeści i ricasso, absolutnie dwuręczny. Maniery Horacego absolutnie nienaganne. Cały on- pomyślał jednak mimochodem król.
Hejnał z wieży jeszcze grał, gdy znowu dało się słyszeć daleki wystrzał.
-Hmmm… -Król się po chwili zastanowił na głos – Ach, Bruno pewnie znowu ćwiczy swoich w mustrze paradnej.
-Wasza Miłość, z tego co mi wiadomo, Baronet Petrowicz Catalan, nie składał wniosku o przeprowadzenie dziś takich manewrów.
-A więc może to fajerwerki?
-Również mało prawdopodobne, Wasza Miłość. Otrzymałem raport, że wszystko co dało się w mieście wystrzelić w niebo, zostało wystrzelone w czasie wczorajszego pokazu ogni sztucznych. [/i]
Trwające dłużej milczące zamyślenie króla przerwał odgłos kolejnego wystrzału, a po kilku łykach kawy kolejnego.
-Do licha, Horacy. Ktoś urządził sobie strzelaninę. Czy możesz spróbować się dowiedzieć co zaszło?
Baron Richelieu ściągnął brwi, gdyż ruch na błoniach zwrócił uwagę jego sokolego wzroku. –Zdaje się że mogę, Wasza Miłość. –Stwierdził i podszedł do wolnostojącej polowej lunety. Patrzył przez chwilę, niezbędną dla wyrobienia sobie osądu, gdy zabrzmiał kolejny wystrzał.
-No i?
-Cóż… Wiem jak dziwnie to zabrzmi Wasza Miłość, ale zdaje się, że baronet de Loup-Blanc biega po błoniach w niezasznurowanej koszuli i z dziwnej rusznicy przeciwpancernej strzela za uciekającym przed nim, swoim drogim kuzynem baronetem Iaboille.
-Że co słucham?
–Król aż sięgnął po swoją prywatną lornetkę teatralną. Po chwili odezwał się strzał. –No rzeczywiście, słabo przez to widać, ale chyba istotnie tak właśnie jest jak mówisz. –A po chwili dalszej obserwacji dodał- Dobrze wiedzieć. Zagadka rozwiązana -Westchnął. Dopił kawę. I jak gdyby nigdy nic wrócił do swoich papierów.
Baron Richelieu stał chwilę w milczeniu do czasu kolejnego wystrzału, aż ośmielił się zapytać.
-Przepraszam, nie chcę przeszkadzać Waszej Wysokości, ale nie rozumiem. Nie zamierza Wasza Miłość nic z tym zrobić, że jeden obywateli waszego królestwa, trwa od pięciu minut w usiłowaniu morderstwa drugiego… I to technicznie rzecz ujmując, będąc na dworze Waszej Miłości, przepraszam za dosłowność, dosłownie pod Waszej Miłości nosem?
Król oderwał się od pisania i ssąc przez chwilę końcówkę pióra, spojrzał na młodego burmistrza Nowej Precelkhandy.
-Nie. –Tutaj w tle kolejny wystrzał. –Mój drogi Horacy pomyśl o tym. Baronet de Loup-Blanc strzela, zgaduję, że doskonale znając wspomniane przez ciebie okoliczności. I wie że za coś takiego by odpowiadał głową. Tuszę z tego i z wyboru zwierzyny, którą goni, że obserwujemy sprawę rodzinną, albo zapewne rodzaj jakieś towarzyskiej gry. Słyszałem że oni tam na północy miewają takie zabawy.
-Dobry Wando.
-Wyrwało się zbulwersowanemu baronowi- Cóż za dzicz!
Uwagę spuentował wystrzał.
-Ale mimo wszystko, Miłościwy Panie… Toż to broń palna!
-Ech…
-Król wrócił do pisania i tylko piórem wskazał na błonia. -Spójrz raz jeszcze przez swoją lunetę i powiedz co widzisz.
-Patrzę, Mój Królu.
-Czy baronet de Loup-Blanc pali do baroneta Iaboille’a z biodra, czy przykłada muszkiet do oka i celuje?
-Celuje.
-Jak mu to celowanie idzie?

Strzał.
–Całkowicie do… do niczego, Wasza Miłość. –Był kulturalnym człowiekiem, przecież nie powie przy Królu że „do dupy”, choć taka myśl jako pierwsza przeszła przez myśl barona. -Pali do celu z piętnastu- dwudziestu kroków, a rozbryzgi ziemi wskazują że kule orają trawę nie mniej niż trzy kroki od stóp baroneta Iaboille’a.
-Dobrze. Ile w sumie strzałów oddał już baronet de Loup-Blanc?

Baron musiał na chwilę ściągnąć brwi ale odpowiedział zgodnie z prawdą.
-Zdaje się, że usłyszeliśmy co najmniej dziesięć?
-Dziesięć strzałów…
-Zadumał się Król.
Huk.
-Jedenaście.
-Jedenaście, istotnie… Mój drogi Horacy. Nie poznałeś baroneta de Loup-Blanc jeszcze dobrze, to ci coś powiem. Baronet de Loup-Blanc, nie położył by osiemnastu stad jeleni w jedną dobę, gdyby zawsze strzelał w ten sposób.
-Osiemnastu? Skąd ta…
-Pokazywał mi swój dziennik. Polowania to jego konik. Wszystko w nim notuje. A on w jeśli idzie o cyfry nigdy nie zmyśla. I jeszcze w czasie mych polowań, zdarzyło mi się także na niego wpaść i wiem, że jest dobrym strzelcem, gdy ma w rękach swoją… Wando wypadło mi… Celestynę? Spójrz, czy ma w rękach flintę większą niż on sam, z kością słoniową w kolbie.
-Jest biała kolba… I faktycznie jak na to patrzę, to frapuje mnie, Wasza Miłości, co za desperat chodzi na polowania z czymś tej wielkości?
-Dbający o swój styl, Mój Horacy. Dbający o styl. Wracając do meritum, chcę powiedzieć, że gdyby baronet de Loup-Blanc chciałby baroneta Iaboille’a zastrzelić, to z takiego dystansu położyłby go trupem w pierwszym strzale.
-Jak go widziałem był na wielkim kacu.
-Dobrze. Dziś to góra po trzech strzałach. Nie potrzebowałby jedenastu do…

Strzał.
-Dwunastu, Wasza Miłość.
-Przecież słyszę!
-I nie nakażecie tego przerwać?
-Kule kiedyś mu się skończą. Albo proch.
-I co wtedy?
-Jak go znam, to podskoczy z gniewu, zaklnie, zdejmie buta i rzuci nim w baroneta Iaboille’a.

Baron zamrugał, potrzebował chwili, ale dopytał.
-Butem?
-Sam mówiłeś ze biega w samej koszuli i nie ma czym innym ciężkim rzucać.
-No tak. No tak… I co dalej?
-O ile baronet de Loup-Blanc niechcący trafi, wtedy baronet Iaboille zapewne uzna, że miarka się przebrała, weźmie tegoż buta i baronetowi de Loup-Blanc nim zawinie przez głowę, skutecznie go pacyfikując.
-I…
-I pogadają, gdy ten będzie się masował. Wytłumaczą sobie co i jak, a potem będziemy mogli widzieć baroneta Iaboille’a z ramieniem na mazgającym się baronecie de Loup-Blanc, prowadzącego swego kuzyna na kieliszek słodkiego tokaja.
-Tokaja?
-Jest po dwunastej. Już można. A obaj lubią słodkie wina.
-No tak.

Milczenie barona, któremu król zrobił mielone w głowie, przewał wystrzał z muszkietu.
-Imponująca dedukcja, Wasza Miłość!
-Taki mój fach, Mój Horacy. Znać się na ludziach.
–wrócił do pisania. –Taki to właśnie jest mój fach…
Po chwili Król dodał:
-Spoglądaj proszę co chwilę, jak się sprawy mają, a sam zobaczysz.
Baron, którego król zagiął, aż dla pewności raz jeszcze spojrzał.
Ale po chwili rzekł.
-Na przewidywanej trasie baronetów Iaboille i de Loup-Blanc znajduje się kawaler Dupain-O’Trottoir.
-Ma psa?
-Tak.

Król jednak zaciekawiony spojrzał swoją lornetką teatralną.
-Szmelc. Ty mi mów, masz lepsze zbliżenie.
-Baronet Iaboille przebiega obok kawalera O’Trottoir’a. Uchyla mu swojego beretu z piórami. Zatrzymuje się. Zdaje się że… Tak… Chwali urodę ogara.
-Zawsze dżentelmen. I lubi zwierzęta. Cały Iaboille!
-Baronet Iaboille odbiega. Baronet de Loup-Blanc przebiega obok kawalera O’Trottoir’a. Uchyla mu swojego białego kapelusza. Zatrzymuje się. Opiera o flintę. Ciężko dyszy. No nie… Również musi chwalić ogara i jeszcze głaska go po głowie. Rozmawiają…
-Mówiłem, ci Mój Horace. Styl!
-Baronet Iaboille się zatrzymuje. Patrzy za kuzynem. Tupie nogą… Baronet de Loup-Blanc przeprasza kawalera O’Trottoir’a. Przykłada broń do twarzy.

Dźwięk wystrzału doleciał do nich tak samo jak poprzednie.
-Biegną znowu?
-Biegną, Wasza Miłość!
-Ech… Powiedz jak coś się zmieni.
–Król wrócił do pisania.
-W sumie to… Zmieniło się.
-Tak?
–Nie napisał się za dużo.
-Chyba musiała się baronetowi de Loup-Blanc skończyć amunicja. Zrobił tylko parę kroków. Musiał przez chwilę złorzeczyć na swego kuzyna. Odwrócił się i rzucił swój karabin kawalerowi O’Trottoir’owi.
-Hmmm… Czy baronet de Loup-Blanc zdejmuje buta?
-Tak. Lewego.
-Mówiłem! Ha!
–Król znowu wrócił do pisania, ty razem pełen dziecięcej radochy z własnej przenikliwości.
-Hmmm… Jest problem Wasza Miłość.
-Tak? Jaki?
-Ogar kawalera O’Trottoir’a, zerwał się ze smyczy i porwał w pysk but baroneta de Loup-Blanc… Leci właśnie przez błonia jak strzała.

W ciszy nie przerwanej żadnym wystrzałem, dało się słyszeć świerszcza.
Król wstał zza stołu. Podszedł do lunety, a baron bez słowa zrobił mu miejsce. Samemu przyłożył swe monarsze oko.
-Ale heca… Wszyscy w trójkę pogodzeni jak gdyby nigdy nic, gonią tą biedną psinę z butem w pysku! To są przejaja, Mój Horacy! Przejaja!

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Siobraux Courva-Yebana   Henryk I Krzysztof   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-08 22:01:00

Odpowiedz
ODCINEK PIĘTNASTY.
CZERWCÓWKA.


Bib-Bib! –Zaryczał klakson Courvy Catalany. Luksusowy automobil produkowany jedynie w kolorze perłowej metalik czereśni, co zgodnie z reklamą producenta miało przynosić każdemu jej użytkownikowi, zajechał przed stojącego z koszem piknikowym Antoine’a Iaboille’a. Zaczynający swój czas wolny przemysłowiec patrzył na swoje nieco zaskoczone oblicze, odbijające się w legendarnym lakierze, dopóki nie opuściła się przyciemniana szyba. Teraz dwóch Antoine’ów odbijało się w czarnych okularach kierowcy.
-Bon żurek! Co tam doktorku?
No tak. Kuzyn kupił sobie nową brykę i nic nie powiedział by zrobić lepszy efekt. Pewien rodzaj żartu nigdy mu się chyba nie znudzi.

***

Jechali od Huty de Iaboille w stronę jeziora.
Antoine zagaił:
-Dziwne. Nie czuję perfum, tylko nową tapicerkę. Doprałeś siedzenia, czy wymieniłeś wszystkie obicia?
Raferian spojrzał na niego z miejsca kierowcy:
-No wiesz!? Nówka prosto z salonu! –I dla jasności doprecyzował- Tym razem z salonu-salonu, nie używka po Kurwemejerze, jak ostatnio. Patrz na licznik. Dosłownie parę mil przebiegu!
-Dobrze, dobrze. Widziałem rejestrację. Droczę się tylko… Ale i tak… Coś w tym aucie dzwoni.
-Ach. Kazałem zamontować lodówkę pokładową. Piwo już się chłodzi.
-Piwo?
-Pomyślmy…
-Zaczął wymieniać na palcach- Wittebier, Blond, Isid’or, Bockbier, Dubbel, Tripel, Quadrupel… Cała kolekcja. Do wyboru do koloru!
-Skąd… ?
-Mój browar wypuścił pierwsze partie testowe.
-Browar?!
-Myślę nad nazwą „La Louppe” -Uśmiech Raferiana osiągnął nowe poziomy szerokości.
-Czemu dwa ‘P’ ?
-A bo Fajniej brzmi.


***

-Ale z tym zakazem wjazdu to ci powiem, że czujemy się dotknięci. Ja i moja Wrotka 4.0.
-Ależ Raferianie! Park Arkadia to kulturalne miejsce! Pełne zieleni i miejsc do odpoczynku na łonie przyrody! Nie godzi się smrodzić tutaj silnikiem automobila!
-Tak, tak… Wiem…
-Westchnięcie kapelusznika –No to co, zdrówko?
-Zdrówko.

Dwa szerokie, szklane pokale zadzwoniły o siebie. Kuzyni upili z nich po łyku.
-Mmmm!
-Doskonałe.
-I jaka gęsta piana.
-Też.

Po drugim łyku, niski, brodaty raferianowy lokaj stojący za ich ławką dolał dwóm dżentelmenom, tak by ich kieliszki były znowu pełne. Usłyszał dwa podziękowania. Pewnych trunków nie godziło się pić bezpośrednio z butelki, nawet gdy robiło się to na ławce w parku.
-No i to jest życie! –Rzucił ubrany w koszulę w kwiaty Raferian, wyciągając nogi wygodnie i wznosząc swoje piwo. -Evviva l’arte!
-Evviva l’arte! Niech żyje sztuka!
–Zgodził się Antoine, przyjmując toast.
Dwóch potentatów hutnictwa siedziało właśnie na wysmakowanej w swej formie kamiennej ławce z importowanego precelkhandzkiego marmuru. Była ona jednym z wkładów Raferiana w rozwój projektu Parku Arkadia, będącego nowym oczkiem w głowie jego kuzyna. Czynnie pomagał on Antoine’owi na etapie gromadzenia funduszy, ale gdy przyszło do dostarczania samych surowców, inni dostawcy żelaza go ubiegi. Nie mając szczególnie innych opcji, oddał Antoine’owi swój surowiec od Krzysztofa I Henryka jaki trzymał na rozbudowę własnego zakładu i tak to park dorobił się m.in. stylowych kamiennych mebli.
Ich stojąca pod rozłożystym platanem ławka znajdowała się naprzeciwko placyku na boku którego dopiero za jakiś czas miała być gotowa wykwintna kawiarnia. Niestety prace nad nią się przeciągły i nadal nie mogła nic zaserwować licznym gościom parku, którzy korzystając z ładnej pogody przełomu wiosny i lata, tłumnie przechadzali się po nowej atrakcji miasta. Korzystali na tym mobilni sprzedawcy lodów i kawy, którzy przybyli w to miejsce swoimi rowerowymi stoiskami. Pani Kawiarenka w tradycyjnym zabudowanym czarno-białym kostiumie, tak rozpoznawalnym w całej Lumerii, dzielnie świadczyła swoje usługi nie zważając na skwar późnego popołudnia. Nie schodziła z oczu umięśnionego wytatuowanego lodziarza, który mimo że miał na sobie jedynie głęboko wycięty podkoszulek, to lepił się od potu. Widać w Parku Arkadia elegancja zastępowała nawet najlepsze chłodziwo.
Centralnym punktem placyku na antoine’owym założeniu parkowym nie była jednak kawiarnia, ale pomnik Raferiana de Loup-Blanc jako Mecenasa Sztuki. Ten również nie był gotowy na niedawne otwarcie parku i dopiero wczoraj został dostarczony na miejsce na przeznaczony dla niego postument. Siedzący na koniu Raferian z brązu nie mógł jednak zaszczycać oczu zwiedzających park, jako że nadal przykryty był czarną plandeką. Prawdziwy Raferian zadecydował o wstrzymaniu odsłonięcia statuy, w dowód solidarności z niedysponowanym z powodu choroby Strażnikiem Elegancji. On i Antoine mogli teraz jedynie podziwiać urodę czarnego płótna, na której nieznani organom porządkowym sprawcy zdążyli napisać „ALFONSIE ZDROFIEJ NAM SZYPKO” i dodali graffiti z żółtym tulipanem. Sprawa została już podchwycona przez prasę, która skrupulatnie wynotowała konfuzję strażników miejskich oraz poranny wywiad z Raferianem. Śledztwo w poszukiwaniu sprawców trwało.
Rysunek
-Oto jest prawdziwa sztuka. -przyznał Antoine komentując z oddali tłumek gapiów podziwiających akt wandalizmu- Ma mocy i trafiający w serca przekaz.
-Prawda?
–Przyznał Raferian puszczając mu oko –Wiele osób przyszło do parku dziś specjalnie po to by zobaczyć lokalną sensacje na własne oczy.
Wypili po łyku.
-Swoją drogą, jak już jesteśmy w temacie… -Raferian pstryknął palcami, a lokaj podał mu do ręki teczkę papierów -to pokażę ci jaki był pierwszy projekt Autora Nieznanego, dla mojego pomnika.
-O to ciekawe. Pokaż proszę.
Raferian otworzył teczkę.
Rysunek
-Och…
-Tak. Nie mówię, że mi się nie podobał… Ale nawet ja też po chwili zastanowienia uznałem, że jednak dwa miecze nie pasują do wizerunku Trubadura Mniejszego Koronnego Królestwa Lumerii, jako Mecenasa Sztuki.
-No tak. To faktycznie bardziej byłby pomnik kurwoliszkobójcy.
-Też tak pomyślałem, stąd obecna skromniejsza forma. A z resztą. Nasiekę pewnie jeszcze trochę potworów, to będzie jakby trzeba było to upamiętnić, to projekt już jest.
-Ma sens.
–Przyznał Antoine.
Wypili po łyku. Lokaj odebrał teczkę i dolał im do pełności kieliszków. Piana była wyborna.
-Wracając do graffiti… -kontynuował przyrodnik –Rozumiem, że organy ścigania nadal poszukują sprawców?
-Oj, Ja myślę że nie znaleźliby sprawcy, nawet gdyby ten usiadł im na twarzy.

Obaj się uśmiechnęli.
-Mimo wszystko uważam, że ten tajemniczy żółty tulipan, to już nieco przesada i nieco kopanie leżącego.
-Mówisz?
-Och Rafciu, przecież próby sporządzenia portretu psychologicznego sprawcy i tego co im chciał przekazać, zajmą im całe dnie. Tylu ludzi. Tyle pisania…
-Nie widzę w tym nic złego
–Stwierdził przemyślnie Raferian kosztując chłodnego piwka- Kiedy służby porządkowe próbują znaleźć i przesłuchać biegłych, przynajmniej nikt nie ma czasu na szlajanie się po parku i wlepianie nam mandatów za picie piwa w miejscu publicznym.
-Oj tam…
–Przyrodnik upił łyk- Myślę że naszej dwójce mogliby odpuścić.
-Tu się nie zgodzę. Liczy się idea, mój drogi Antoine. Ja też nie jestem za tym aby twoje magnum opus zamieniło się w miejsce dzikich libacji. Z drugiej strony Lumeria nie powinna być jakimś Zamordystanem. By pogodzić tą wodę z ogniem, myślę że przydałoby się w parkowym regulaminie zaznaczyć wyjątek, że kto przyjdzie w to miejsce, przed pomnik Mecenasa Sztuki i wzniesie toast ‘Evviva l’arte!’, to może tutaj pić do woli… Z resztą słyszałem że chętnych na obrócenie tutaj po piwerku by nie zabrakło, a wobec tego, tuszę że trzeba ubrać to w jakieś eleganckie normy.
-Hmmm… Ma to sens. To, co? Niech żyje sztuka?
-Niech żyje sztuka!

Szkło zadzwoniło.
-Mmmm! Wyborne!
-Doskonałe!


***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Siobraux Courva-Yebana   Henryk I Krzysztof   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-21 01:23:07

Odpowiedz
ODCINEK SZESNASTY.
SZCZĘŚCIARZ.


Noc z 21 na 22 czerwca, była to w Lumerii najkrótsza noc w roku. Była to zarazem noc, w której normalne rzeczy nie działy się zbyt często, a zasłona oddzielająca Sfery znajdujące się wtedy w koniunkcji bywała wyjątkowo cienka. Niektórzy zwali to Nocą Kupały. Przemyślny Baronet Raferian de Loup-Blanc pochłonięty swoją pasją do polowań, nie spojrzał jednak w kalendarz i nie skojarzył tego faktu. A przynajmniej, nie do czasu.

***

-Szefie. Panie Szefie… –Zaczął jeden z podążających za Kapelusznikiem jego niskich, a krępych brodaczy.
-Hmmm?
-Czy na pewno Szefowi już na dziś nie starczy? Dwadzieścia trzy stada jeleni w jedną dobę… To i tak o pięć więcej niż dotychczasowy szefa rekord… Może by już wracać do głównego obozu na nocleg?
-Nie no mamy jeszcze godzinę do północy… No poświeć mi przy zegarku… Pięćdziesiąt siedem minut jeszcze, dokładnie. Zdążymy jeszcze coś dziś ustrzelić… No panowie, co to za nietęgie miny! W tym borze dziś aż roi się od jeleni. Na pewno to nie potrwa długo, aż na coś się natkniemy… -Raferian zaciągnął się ciepłym nocnym powietrzem – Dosłownie czuć w powietrzu grubego zwierza. Tędy…
Odział dzielnych łowców w łódkowych hełmach, zbrojny przede wszystkim w długie muszkiety, wzruszył ramionami, zeskoczył z wozów i ruszył gęsiego przez nocną knieję, za swoim przywódcą. A była to za prawdę pierwotna knieja jaka rozciągała się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy miastami Cogne-de-Valony, a Coeurvichon. Przecięta może jednym głównym gościńcem łączącym dwa wyżej wymienione. Puszcza piękna, dziewicza, wonna i dzika. Rozświetlona księżycem i goniącymi się po lesie chmarami świetlików.

***

Po paru minutach Raferian przykucnął i dał znak aby zachowali ciszę. Zaczęli się skradać… I dosłownie chwilę później, zza jaru ukazał się wystający pokryty kosmatym futrem kark i fantastycznej rozpiętości, wielkie łopaty rogów. Brodacze uśmiechnęli się. Brakujący do dwóch tuzinów rogacz dosłownie wlazł szefowi pod lufę i nie musieli dłużej szlajać się po lesie. Ledwo słyszalne –Szczęściarz- potoczyło się pomrukiem po oddziale.
Raferian dłonią dał im sygnały by część oskrzydliła cel. W nocnym strzelaniu nie trudno było o chybienie, a on nie zamierzał odchodzić z pustymi rękoma. Nawet jeżeli on sam nie trafi, lub pierwszą kulą nie powali jelenia, to zrobi to jeden z jego ludzi.
Powoli, a bezszelestnie odciągnął kurek. Położył się. Oparł lufę wielkiej flinty o konar. Przycelował. Byk żerował i nie podnosił łba. ‘Trudno, kula nie pójdzie w komory. Inni go położą.’
‘Dwa tuziny. Faktycznie mój szczęśliwy dzień.’
- Pomyślał i pociągnął spust.
Huk. Błysk.
Ryk postrzelonego zwierzęcia. Ryk, który zdecydowanie nie brzmiał jak ranny jeleń.
Kark ‘jelenia’ uniósł się… i uniósł bardziej… i przestał się unosić dopiero gdy ‘jeleń’ okazał się bydlęciem kilka razy wyższym w kłębie od wzrostu nawet najdorodniejszego jeleniego byka. Z jego masywnych barków wystały grube muskularne łapy z pazurami zamiast racic. Z jego zakrwawionego pyska wystawało kilka kłów wielkich chyba na łokieć.
Raferian powstał oniemiały. Wszyscy powstali by w świetle księżyca i rojów świetlików móc upewnić się, że czy to ich oczy, czy raczej ich fortuna, spłatały im figla.
Gdy ujrzeli, że właśnie przerwali zwierzęciu ucztowanie nie na gałązce świeżych liści, ale na upolowanym na kolację żubrze, nie trudno było o konstatację, że generalnie nie jest dobrze.
Zwierzę popatrzyło na nich. Podrapało się po karku. Popatrzyło kilka razy, to na swoją zakrwawioną tym razem własną posoką łapę, to na Raferiana opartego czołem o dymiący z lufy muszkiet. Zaryczało tak, że były szanse na to, iż usłyszano je zarówno w Cogne-de-Valony, jak i w Coeurvichon.
Kapelusznik miał oprócz wrodzonego szczęścia, dar trafnej oceny sytuacji.
-Bies. To nie jest przeciwnik z którym którykolwiek z was może się mierzyć…- Rzekł sentencjonalnie parafrazą ale i tonem, który wydawał się bardzo zmęczony. -Co tak patrzycie? OGIEŃ ZAPOROWY I SPIE*-DA-LA-MY!!!
Zdaniem wielu późniejszych badaczy dziejów, mogło być to najbardziej ochoczo wykonane polecenie służbowe w całej historii Huty de Loup-Blanc.
Rysunek
***

Jedenaście i pół minuty później, na poboczu gościńca łączącego Cogne-de-Valony oraz Coeurvichon, księżycowy blask zalał światłem pysk starej lisicy. Inteligentne zwierzę wiedząc, że dziś w jego lesie panuje spory ruch, profilaktycznie rozejrzało się. Najpierw w lewo. Potem w prawo… ‘Droga wolna!’ –pomyślało. Już miało przebiec, gdy jego ucho wychwyciło dźwięk. Lisica spojrzała drugi raz w lewo. Przez chwilę obserwowała i upewniała się czy to jej oczy spłatały jej figla, czy raczej działały tutaj jakieś inne dziwne siły chaosu. Widząc ten cyrk na kołach, uznała że oddali się niezwłocznie, nie chcąc mieć z nim nic do czynienia.
To co ujrzała stara lisica, było groteskową parodią pogoni dzikiego gonu złożoną z ryczących na pełną moc silników: Courvy Sireny, Courvy Quitter Ma Famille oraz Courvy Catalany, które obwieszone winogronami niewysokich muszkieterów, gnały pełną szerokością drogi, co po chwilę grzmiąc za siebie z czego popadło, w kierunku, biegnącego za nimi niczym wielka rogata małpa, biesa.
Prawdopodobnie, gdyby w tym momencie obudzić z odbywanej drzemki dla zdrowia i urody i zapytać prezesa firmy Courva Auto, Barona Alphonse’a de Couervichon, na ile osób maksymalnie zaprojektował niegdyś każdy ze swoich modeli, ten prawdopodobnie pomyliłby się o średnio o jakieś czterysta procent. I co więcej każda z osób znajdujących się na pokładzie, absolutnie cieszyła się z przyjemności jazdy, nawet jeśli część odbywała ją na kolanach, barkach a czasem głowach kolegów. Konieczność okazała się dziś matką nie tyle wynalazków, co deklarowanego komfortu. Absolutnie każdy na pokładzie rezolutnie podskakujących na wybojach Sireny, Quitter Ma Famille oraz Catalany, był absolutnie przeszczęśliwy, że znalazło się dla niego miejsce, nawet jeśli oznaczało to np. tłoczenie się w trzy osoby w otwartym na oścież bagażniku.
Jednakże, wbrew opinii starej lisicy, która prawdopodobnie nie znała się za dobrze ani łowach na naprawdę grubego zwierza, ani na wojaczce, na pozór paniczny odwrót raferianowej drużyny, nie był jak na okoliczności w jakich się znajdowali, aż tak bardzo paniczny, ani niezorganizowany. W każdym z trzech wozów, we wnętrzu trwała przy włączonych światłach produkcja taśmowa. Zamiano wypalone muszkiety na nabite, gotowe do podania co najmniej kilku strzelcom, którzy tylko przykładali broń twarzy, biodra, czy gdzie komu jak możliwości pozwalały i oddawali kolejny strzał za strzałem. Tak szybko i tak celnie jak to tylko się dało. W każdym wozie był kierowca cechujący się najbardziej żelaznymi ze wszystkich nerwami i co najmniej dwóch-trzech, zbyt zmrożonych całą sytuacją by działać, a którzy świetnie nadawali się do trzymania co bardziej wychylonych, strzelających kolegów, tak by ci nie powypadali na nierównościach drogi. Istna manufaktura na dwunastu kołach.
Dyrektor rzeczonego cyrku, Raferian de Loup-Blanc, stał z jednym butem na złożonym szyberdachu swojej perłowej metalik czereśniowej Catalany i związawszy sobie włosy chustą by w pędzie nocnego powietrza, mu nie wchodziły do oczu, tylko odbierał swoją wierną Celestynę, mierzył w łeb wściekłej bestii może trzydzieści metrów za nimi, palił i oddawał w dół do załadowania. W przerwie miał okazję zagadać do sługi trzymającego za pasem jego kapelusz, a jego samego za ubrania.
-Że też na koniec polowania trafił się nam Boss!
-To Boss, czy Bies, szefie!?
-Boss, Bies, jedna cholera! Wytrzymałe bydle! Nie ma co, poszczęściło nam się!
-Jak to?
-Wali na nas wk*rwiony Boss-Bies i jeszcze wszyscy żyjemy. Ba! Nawet chyba nikt się nie zesrał ze strachu!
-Szefie!
-Co tam!?
-Kierowca z Sireny właśnie uchyla swoje okno!
-Hmmm… No tak… Ci z Wrotki 2.0 mają najsłabszy silnik. Oni mają pełne prawo, tak zareagować…
- Po czym odwrócił się, przyłożył ręce do ust w tubę i krzyknął w stronę sąsiedniego wozu –Panowie! Co jest?! Sramy ogniem! A nie pod siebie! Dalej żwawo! Celuj! Pal!- kontynuował –Ach! A pomyśleć że mogłem zapomnieć kazać wam zatankować choćby jedno z aut… To dopiero byłby pech!
-By być ścisłym! To byłaby masakra szefie, a nie pech!
-Jak zwał, tak zwał! No Celestyna nabita? Podaj.

Wydech. Cel. Strzał. Ryk bestii, która oberwała w trzecie oko na środku czoła.
-Ooollle! –Rzucił przejęty Raferian, oddając dymiący muszkiet na dół. –Tak jak mówiłem! Twardy sukinkot!
-Bies, nie sukinkot, szefie!
-Tak się mówi!... A z resztą chciałbym zobaczyć teraz minę mojego kuzyna!
-Pan Baronet Iaboille, w imię swoich zasad nie pochwaliłby przemocy wobec zwierząt, szefie!
-Mam na myśli, że Antoine mógłby się długo przechwalać! Przechwalać się, jakim to jest wielkim przyrodnikiem! Że przewidział, że kiedyś coś podobnego na mnie wyjedzie! Taka trąba! Nikt by nie przewidział takiej jazdy z Biesem!
-Ale w końcu jest szef szczęściarzem!
-Otóż to! Jestem urodzonym szczęściarzem!... A teraz po prostu kropla przelała czarę!... Ale myślę że to też trochę wina naszego Kurwemejera.
-Jak to szefie?!
-Tak to! W ulotce producenckiej Courvy Catalany napisał co napisał.
-O przestronności ulotka nie kłamała, szefie! Nawet bym powiedział, że zaniżyła parametry wozu!
-Ja o tym, że …jak to było!?… Ach! „Dostępny jest tylko w jednym z odcieni czerwieni, jako że kolor ten przynosi zgodnie z naszą tradycją szczęście, pomyślność, i brak finansowych problemów.”… Rozumiesz? 101% szczęścia! Aż przekręcił jego się licznik!... Kurde! Następne auto jakie u niego kupię nie będzie czerwone! Nie namówi mnie!
-I może niech ma jeszcze działo na pokładzie?!
-Słusznie! I zdecydowanie będzie miało ku*ewsko wielkie działo na pokładzie!
-Szefie!
-Co tam?!
-To może niech szef pomyśli o zmianie automobila jakoś tak szybciej niż wolniej?! Bo przy szefa obecnym nadmiarze szczęścia, to w końcu tego nie przeżyjemy!
-Oj tam! Gadanie! Przecież to nie jest możliwe, aby nagle do specyficznego odcienia lakieru, nagle miały się zlecieć na hurra wszystkie potwory i demoniszcza jakie żyją w tym lesie!
-Szefie!
-Co tam?!
-Czy musiał to szef powiedzieć na głos?!-
I kolejny raz podał Raferianowi nabity muszkiet.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Siobraux Courva-Yebana   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-24 10:38:44

Odpowiedz
ODCINEK SIEDEMNASTY.
CHŁODNA KAWKA W CIEPŁY LETNI DZIEŃ.


Do Parku Arkadia bardzo ciepły letni dzień ściągnął nie tylko śmietankę towarzyską Coeurvichon, ale również tłumy zwykłych mieszczan łaknących zaznać odpoczynku wśród zieleni, czy nad wodą. Ptaki przekrzykiwały szum fontann. Dzieciaki przekrzykiwały ptactwo. Czasem jakaś sroga matka, czy opiekunka próbowała przekrzyczeć radośnie dokazujące stado dzieci.
Biały kapelusz z naddartym ale zacerowanym rondem leżał na kawiarnianym stoliku obok talerza pierników w białej czekoladzie. Baronet Raferian de Loup-Blanc upił łyk z trzeciej już tego popołudnia orzechowej kawy, z mlekiem i pianką na dwa palce, jaką zamówił tego popołudnia w świeżo otwartej Kawiarni Elegantka. Miła dama z notesem w którym zapisano przebieg dotychczasowego wywiadu, zwróciła uwagę na to iż pijąc mężczyzna chwytał wysoką szklankę nie za ucho, jak sugerowała kultura, ani nawet za najwęższą część przy nóżce jakby był to kieliszek, ale mocnym i obejmującym całe naczynie chwytem od góry. Z ciężkich szklanek i ciężkich kubków prości ludzie pracy pijali w ten sposób. Połączyła to z faktem, iż baronet dużo przebywał między swoimi ludźmi, a ci zawsze uważali go za swojego, bo inaczej od większości szlachty nie wstydził się ubrudzić sobie rąk.
Popatrzyła na jego profil. Pół jego twarzy razem z okiem nadal zakrywał biały opatrunek. Spod jednego z rękawów białej koszuli wystawał wchodzący na dłoń bandaż, a ręka była na temblaku. Raferian zaś patrzył uśmiechając się ciepło jak kilka stolików dalej, wyróżniający cerą w odcieniu zbliżonym do bilardowej zieleni mężczyzna jest otoczony kilkoma różnymi kieliszkami i wianuszkiem kelnerów robiących notatki. To baronet Siobraux właśnie projektował kolejne pozycje letniego menu na karcie drinków. Raferian twardo zostając przy kawie z piernikami, spojrzał dalej. Dostrzegł barona Richelieu, który razem z drużyną rugbistów w nieco ubłoconych trykotach z wielkimi cyframi omawiał żwawo gestykulując szczegóły odbytego właśnie spotkania na parkowych błoniach. Sama jego obecność sprawiała, że miało się wrażenie, że przedstawia plan oskrzydlających manewrów kawalerii w czasie jakieś walnej bitwy.
-Niesamowite jak życie potrafi toczyć się dalej, nie trwożąc się tym co czaić może się w kniei dosłownie kilka mil dalej…
Zrobił kolejny łyk i widać kończąc zbieranie myśli odwrócił się, kierując na nią swoje jedyne dobre błękitne oko. Kontynuował.
-Pamiętam jak któryś z moich podniósł mnie z spod drzewa na które mnie rzuciło i widząc moją twarz, zaraz przewiązał ją chustą. Na szczęście po tym jak zatopiłem w bestii miecz, przestawała już się ruszać. Ale w ferworze walki pozwoliłem, aby moi zakłuwali go jeszcze przez dłuższą chwilę. Dla pewności. Tak jak się walczy z niedźwiedziami…
-Rozumiem… A potem?
-Pozbieraliśmy innych rannych. Odczekaliśmy. Niektórzy dźgnęli truchło jeszcze raz, czy dwa. Dla pewności. Skóra biesa i tak w tym momencie przypominała już durszlak, więc dla przyszłego trofeum nie robiło to różnicy. Byliśmy skonani to założyliśmy obóz na polanie gdzie wypadła nam końcówka walki. Zapaliliśmy ogniska. Dojechała do nas reszta obławy. Mieli piwo i muzykę to nastroje się poprawiły. Niektórzy padli ze zmęczenia jak stali, nawet nie zdejmując butów. Niektórych adrenalina tak trzymała że mogli spać jeszcze ze dwie noce… Mnie i tak musieli najpierw pozszywać, a potem musiałem na świeżo opowiedzieć Antoine’owi co zaszło.
-Baronet Iaboille, też tam był?
-Ano tak. Nie wspomniałem… Dojechał do nas razem z resztą obławy. Umówiliśmy się wcześniej w tym lesie, a on też chciał mnie poinformować o oddaniu pożyczonego ode mnie żelaza na potrzeby naszego Konsorcjum. Miał dla mnie kwit, a załapał się na niezłą akcję.
-Chyba na jej koniec.
-Niestety… Bynajmniej, moja droga pani.
-Jak to?
-Ano tak to. Myśleliśmy że wtedy że usiekliśmy tak zwanego bossa… Okazało się że bies to tylko tak zwany miniboss.
-Chce pan powiedzieć, że z lasu wyszło na was coś więcej?
-Można tak to ująć…

Przez chwilę szkło zadzwoniło o podstawkę. Raferian zrobił kolejny łyk kawy. Przemyślała swoją poprzednią obserwację. A co jeśli trzymał szklankę tak pewnie i mocno, by próbować ukryć drżenie dłoni?
-Chciałabym doprecyzować. To było już po tym jak już skończyła wam się amunicja?
-Tak jak mówiłem… Na całe szczęście mieliśmy wtedy z sobą coś, jak się okazało, o wiele lepszego niż beczka prochu, czy skrzynia z ołowiem.
-Tak? A co to takiego.
-Mieliśmy Iaboilla.

Jak na zawołanie do kawiarni wszedł rzeczony baronet Antoine Iaboille i od razu z miejsca podszedł podać rękę baronowi Richelieu i po kolei całej jego drużynie. Autorka reportażu, spojrzała na nieco pucołowatego, za to wiecznie uśmiechniętego jegomościa w całkowicie niegroźnym berecie z piórkiem. Jej wydatnie uniesiona brew wydatnie zasugerowała zdziwienie, jak jeden z najbardziej serdecznych i czarujących ludzi w królestwie mógł w opinii wyraźnie styranego życiem Raferiana urosnąć do rangi największego potworobójcy Lumerii.

***
Baronet Raferian de Loup-Blanc,
Trubadur Mniejszy Koronny Królestwa Lumerii,
Huta de Loup-Blanc (tzw. Nowa Huta), Sa-Coeurvie, Prefektura Coeurvichon.
Siobraux Courva-Yebana   Antoine Iaboille   
Raferian de Loup-Blanc
2022-06-26 21:20:33

Odpowiedz
Nowa wypowiedź